Szukaj na tym blogu

wtorek, 16 października 2012

To miał być wielki mecz...



Tośmy się pośmiali, tośmy popsioczyli, tośmy pobluzgali. Jak na prawdziwym meczu polskiej kadry narodowej. Mecz Polska – Anglia został przełożony na jutro na godz. 17 z powodu złych warunków atmosferycznych. A najśmieszniejsze jest to, że Stadion Narodowy zbudowany został za 1,7 mld zł, posiada dach, który został zamknięty dwa razy – raz pokazowo, drugi raz podczas Euro 2012 w meczu biało-czerwonych z Grecją. Dodajmy, kompletnie nieuzasadniona była wtedy ta decyzja. A dziś wszelkie prognozy zapowiadały ulewę w  godzinach popołudniowych, a mimo to nie był to wystarczający sygnał dla organizatorów, by ten dach zamknąć. Ja nie rozumiem, może operator dachu za wcześnie zaczął oblewać naszą porażkę?

A teraz poważnie. Nie rozumiem tych, którzy się śmieją z organizatorów i PZPN-u. O co chodzi? Miał być historyczny mecz? Był, tylko krótki. Miał być sukces? I był, Brytyjczycy już określili Polaków idiotami. Miała być szybka, PŁYNNA i ładna dla oka gra? I była, piłka się toczyła, buty chlupotały. Miało być piłkarskie święto? I było, kibice bawili się świetnie, ganiali się z ochroniarzami, ochroniarze z kibicami, niektórzy próbowali pływać, istne szaleństwo.

Takie sytuacje zdarzają się na świecie. We Włoszech czy w Anglii niejednokrotnie, nawet w tym sezonie, odwoływano mecze z powodu złych warunków atmosferycznych. Problem tylko w tym, że tamte stadiony nie mają dachu, a Stadion Narodowy, owszem. To jest sytuacja kuriozalna, która ostatecznie, jak sądzę, skompromituje PZPN. Jeśli organizatorzy nie potrafią sprawdzić pogody, jaka będzie podczas trwania meczu, to chyba ktoś ma nierówno pod sufitem. 

Budując stadion za tak ogromną kwotę należałoby się spodziewać, że wszystko funkcjonuje tak, jak powinno. Tymczasem zaraz po zainstalowaniu dachu dowiedzieliśmy się, że nie można go zamknąć w temperaturze minusowej. Dziś kolejna rewelacja – nie można go zamknąć, bo pada. No to kiedy można? Jak słońce świeci i jest piękna, ciepła pogoda? No absurd.

Rzeczniczka prasowa PZPN Agnieszka Olejkowska potwierdziła, że mecz odbędzie się jutro o godz. 17. Jeśli deszcz pozwoli. Albo śnieg nie spadnie. Albo wiatr nie zerwie dachu. Albo murawa nie zostanie wysuszona i doprowadzona do stanu używalności. 

Wstyd. Kompromitacja. Żenada.  

poniedziałek, 15 października 2012

"Gwiazda" coraz jaśniejsza...



        Parę miesięcy temu pisałem o książce, której bohaterką jest matka Madzi z Sosnowska – Katarzyna Waśniewska.  Wybaczcie mi – niestety nie znam wyników sprzedaży „Wybaczcie mi”, ale strzelam, że nie jest to bestseller.  Ale ponieważ nic (nikt?) w polskich tabloidach nie ginie tak łatwo, to „Super Express” wymyślił nową akcję promocyjną rzeczonej Katarzyny - zrobił jej sesję zdjęciową. Na koniu! I podpisał: „Katarzyna Waśniewska: Teraz mam czas na swoje pasje”. Gwiazda!

        Komentarz retoryczny: Trafił swój na swego, tzn. gazeta dla - nikogo nie obrażając, a mówiąc delikatnie – mało wymagającego czytelnika i dziewczyna, która zgubiła mózg. Chociaż…? Dziecko to odpowiedzialność, wymaga nieustannej uwagi, rozsądku, no i na realizację własnych pasji czasu nie starcza. A jak nie starcza, a chce się realizować pasje, to trzeba przeszkodę usunąć. No to usunęła.

        Zastanawiałem się przez chwilę, co jest najgorsze w tej historii: to, że dziewczyna chce się nachapać na śmierci swojego dziecka, stan polskiego wymiaru sprawiedliwości, w którym oskarżony o zabójstwo realizuje swoje pasje zamiast siedzieć w więzieniu, czy stan polskich mediów, który dzięki tabloidom zszedł do poziomu jądra ziemi. Ale odpowiedź jest prosta, bo o ile stan wymiaru sprawiedliwości generalnie nie jest najgorszy, a stan polskich mediów od dawna jest znany, to próba zarobienia na zabójstwie dziecka jest… piiiii. Bo staram się nie bluzgać.

        Pogrzebałem trochę w necie, by poszukać podobnych przypadków zagranicą. I, nie znalazłem. Albo źle szukałem, albo inne kraje mają normalne media. Bo przecież taki Fritzl, który przez 24 lata więził i gwałcił swoją córkę byłby idealnym kandydatem na bohatera, np. sesji w „SE”. A w Austrii nudnawo, tylko wywiady. Zero kreatywności.

        Gdyby przenieść do XXI wieku Hitlera czy Stalina, z pewnością też byliby medialnymi gwiazdami… Sesja na tle trupów bądź egzekucji w "SE", to byłoby coś.

        PS. Wiem, że pisząc ten tekst wpisuję się trochę w ten stabloidyzowany medialny świat. Tyle tylko, że nie ja wpadłem na pomysł robienia gwiazdy z tej osoby…

        PS2: Celowo nie zamieszczam linka do sesji, bo nie chcę robić reklamy szmatławcowi, nawet jeśli czyta mnie kilka osób; kto będzie chciał sam znajdzie, szczerze nie polecam.


sobota, 13 października 2012

Rząd ciągle sobie ufa...



Wczorajsze tzw. „drugie expose” (nie wiedzieć czemu drugie, skoro trzecie) miało być dniem próby dla premiera rządu naszego. Żeby nie było, nie było to expose Glińskiego czy Cymańskiego, co to to nie, to było wystąpienie Tuska, które miało… W zasadzie nie wiadomo co miało, ale cokolwiek to było, to swojego zadania nie spełniło…  A nie, przepraszam, jedno spełniło: rząd znów sobie zaufał.

Teorii jest kilka. Pierwsza z nich głosi, że expose miało odwrócić negatywny trend sondażowy, w którym PO cały czas traci przy równoczesnym umacnianiu się PiS. Doszło do tego, że po raz pierwszy od 2005 roku Platforma straciła pozycję lidera na rzecz partii Jarosława Kaczyńskiego. Najnowszy sondaż TNS Polska przeprowadzony już po wystąpieniu zdaje się potwierdzać, że przemówienie Tuska niczego nie zmieniło – 40 do 35 prowadzi PiS.

Druga teoria „mówi” o zarysowaniu kierunku zmian. Premier obiecał m.in. zmiany w sektorze gospodarki, wzmocnienie przedsiębiorczości, modernizację kolei, dokończenie budowy autostrad i obwodnic miast oraz wydłużenie urlopu macierzyńskiego z pół roku do roku. Jak skrzętnie wyliczyli ekonomiści, na wszystkie reformy potrzeba bagatela 234 mld zł! Budżet UE, który miałby zapewnić nam 300 mld zł, nie jest jeszcze zatwierdzony i nie wiadomo, czy taka kwota zasili państwowe konto. Zresztą, te 300 mld zł Po obiecywało w kampanii wyborczej już w 2010 roku. Taka powtórka z rozrywki.  I tu pojawia się pytanie m.in. o to, kto ma te drogi dokończyć i wybudować nowe w sytuacji, kiedy mając w pamięci wydarzenia po EURO 2012 i liczne upadki kolejnych dużych firm budowlanych, spółki obawiają się złożenia oferty, by nie spotkał ich taki sam los. Kolej modernizujemy od 23 lat, od czasu przemiany ustrojowej kolejne rządy obiecują to samo i co? Jedyną zmianą na kolei jest ciągle rosnąca liczba wypadków. Nie mówiąc już o tym, że kilka ze złożonych wczoraj obietnic, m.in. obwodnica Poznania, było złożonych już dwa lata temu. Jak widać, niektóre obietnice są ciągle aktualne.

Wysłuchawszy części "expose" dotyczącej wydatków czekałem tylko na płynne przejście do części "komu zabrać", żeby złożone obietnice móc zrealizować. Tej kartki premier jednak zapomniał i po godzinie przemówienie zakończył. Ku zaskoczeniu wszystkich - po raz pierwszy premier nikomu nic nie zabrał! A przynajmniej nic o tym nie powiedział, takie "ukryte koszty", taki tekst oznaczony "gwiazdką", którego - jak wiadomo - nikt nie czyta.

Trzeci powód wczorajszego wystąpienia – bo już nie teoria, skoro premier  sam to przyznał – to chęć sprawdzenia, czy Tusk nadal ma większość w Sejmie po ostatnich tarciach w koalicji i wewnątrz samego PO. Stąd wniosek o wotum zaufania. To miało też inny cel – Tusk chciał uprzedzić tym ruchem wniosek o wotum nieufności, którego złożenie zapowiedziało PiS. To akurat spełniło swoje zadanie. Trudno było oczekiwać, że PSL i PO podkopią pod sobą doły i w nie wpadną, naiwnością było myślenie, że wobec nadzwyczajnej mobilizacji posłów koalicji rząd upadnie, a skoro koalicja nadal ma większość, to ponowne głosowanie, tym razem z zamiarem obalenia rządu, nie ma najmniejszego sensu. Jasne, Tusk trochę pogroził PSL-owi oraz konserwatywnemu skrzydłu wewnątrz PO, jednak strach przed straceniem stołka okazał się na tyle poważnym argumentem, że nawet spory odeszły na drugi plan. Pytanie tylko, czy nie skończy się podobnie jak to miało miejsce w przypadku „paktu stabilizacyjnego” PiS-LPR-Samoobrona. Tam miarka w końcu się przebrała. To może być podobnie – w siłę rośnie frakcja konserwatywna, na jaw wychodzą kolejne afery, a PSL szuka sojuszników w partiach opozycyjnych. To nie wróży nic dobrego.

Po wystąpieniu premiera liczne media zadały pytanie: czy uwierzyłaś/-eś premierowi w jego obietnice? A ja się pytam, jakie to ma teraz znaczenie? Wyborów nie ma i raczej nie należy się ich spodziewać w ciągu najbliższych miesięcy, może trzech lat. Kiedy do nich dojdzie, wtedy, śmiem twierdzić, to znów nie będzie to problem rozliczonych bądź nierozliczonych obietnic, a tego, kto będzie mniej gorszy dla Polski. Niestety, nasza za przeproszeniem klasa polityczna nie spiera się merytorycznie, nie walczy na programy, a na sposoby dowalenia konkurentowi. W takiej sytuacji wyborcy mają dwa wyjścia: nie głosować lub zagłosować wybierając mniejsze zło, na tego, kogo sposób dowalania mu bardziej odpowiada. Taki kraj. 

wtorek, 9 października 2012

Co tam Panie we wsi… o pardon, na Wiejskiej słychać cz. 2



– Panie, Pan wie kto jest naszym premierem? Bo ja słucham w telewizorze, że premierem jest Tusk, potem czytam, że premier Tusk zamyka się w toalecie i tam debatuje o przyszłości kraju, później premiera Tuska w ogóle nie czytam i nie widzę, więc myślę sobie, że zatrzasnął się w tym WC i wyjść nie może. I dziś znowu wyłazi i mówi, że powie szybko co ma do powiedzenie, bo jakiś Austriak ma skakać na głowę z 36 kilometrów. Potem Ziobro wyskakuje i mówi, że premierem będzie Cymański Tadeusz. Dalej znowu pacze w telewizorze i widzę, że premier Kaczyński wysunął z kapelusza kandydata na premiera, niejakiego prof. Glińskiego. I później znów Ziobro mi mówi, że proponuje debatę premiera ichniego z premierem pisowskim i że do debaty premiera Tuska nie zaprosi, bo byłoby zbyt duże stężenie premierów na metr kwadratowy. No Panie! Ja już nie wiem, czy PiS i Solidarna Polska urządzają jakiś konkurs pt. „kto ma fajniejszego kandydata na premiera”, czy szykuje się jakiś przewrót jesienny, zamach stanu, pucz? Kim jest ten Gliński w ogóle poza tym, że profesorem, któremu na chwilę rozum odjęło i zgodził się wziąć udział w tej przedświątecznej szopce?

Pan wie, my mamy teraz w kraju narodową dyskusję – kto zastąpi Błaszczykowskiego w meczu z Anglią – a politycy kraju mojego weszli do piaskownicy, zakopali w piachu i przekrzykują się, kto ma ładniejszą i bardziej sprawną łopatkę! No Panie, toż to wiaderko z rąk wypada jak się to widzi!
A słyszał Pan, co ci nasi wybrańcy wymyślili teraz? Ja słyszałem, że chcom wprowadzić podatek od deszczówki, która to spada hektolitrami z dachu! Panie, ja chyba dach z chałupy zdejmę, co by nie płacić. Mało to ja odprowadzam danin na rzecz kraju, żeby jeszcze od pogody płacić? Doszły nas tu na wsi jeszcze takie słuchy, że w kolejce już jest podatek od śniegu, podatek od porostu trawy na działce, podatek od słońca i podatek od oddychania. Mam nadzieję, że pogoda będzie łaskawa i nie zgotuje nam żadnej klęski żywiołowej, bo wtedy nie dość, że plonów nie będzie to jeszcze od tej klęski żywiołowej trzeba będzie podatek zapłacić.

A zauważył Pan jaką właściwość ma jeden z naszych trzech premierów – Tusk? Bo widzi Pan, jak premiera długo w telewizorze nie ma to media zaczynają pytać, gdzie jest premier? A jak media zaczną błagać premiera, żeby w końcu coś powiedział, to wtedy Tusk wyłania się z czeluści, wygłasza orędzie do narodu, po czym znów znika. Zamyka się w toalecie, chowa pod stół czy coś tam, jakieś takie ploty czytałem w tabloidowych tygodnikach. Ja Panu powiem, to jest dobra taktyka. Nic nie robić dopóki ktoś sobie nie przypomni o nas i wywoła do tablicy.

Wie Pan, co ja robiłem cały poprzedni tydzień? Debaty oglądałem, debata za debatą w tym kraju. Ale nie to, żeby to była debata decydentów, osób, które mają w tym kraju jakieś możliwości, rządzących, nie, to by było za proste. To debaty opozycji z ekspertami, którzy nic, poza gadaniem, nie mogą. To jednak, jak tak sobie pomyślałem, tylko moje błędne pierwsze wrażenie. Bo teraz, znając naszą scenę polityczną i alergię PO na PiS, rząd ma problem. Bo widzi Pan, Platforma to ma tak, że z natury rzeczy nie może zgadzać się z PiS-em – ze wzajemnością zresztą. I teraz powstaje takie wrażenie, że wszyscy ci eksperci, którzy niejednokrotnie mają dobre pomysły i proponują dobre rozwiązania, a skorzystali z zaproszenia Kaczyńskiego do debaty, są po stronie opozycji. A skoro z wrogami ichnimi rozmawiają to ci eksperci  racji mieć nie mogą i my się z nimi nie możemy zgodzić. I masz babo placek.

Ale tak ogólnie to bez zmian, wie Pan. PeŁo rządzi, głupio rządzi, ale (jeszcze) rządzi, PeeSeLowi wydaje się, że też rządzi, PiS atakuje, ale strzela w płot, eSeLDe jest w rozkroku i nie wie z kim gadać, z kim nie, a Ruch Palikota udaje, że jest poważna partią. Czyli tak jak było – wesoło i smutnie, poważnie i żałośnie.

 

czwartek, 12 lipca 2012

Zamach, wulkan i maryjowo-macierewiczowa prawda

            Wczoraj jak co wieczór, przed snem, słuchałem muzyki. Peszek chciał, że pomiędzy słuchanymi przeze mnie radiami – WaWą a EskąRock – jest jeszcze jedyne słuszne radio toruńskiego księdza dyktatora. Pech chciał, że w pewnym momencie nieopatrznie paluch mi się omsknął i zatrzymałem się na Radiu maRyja. Wtem moje uszy zostały zgwałcone głosem Antoniego „wszędzie widzę podsłuch, wyczuwam spisek i wszelkie katastrofy powszechnie uważane za katastrofy były w istocie zamachami” Macierewicz, który akurat zasiadał w studiu. Temat: „Oskarżenia ws. katastrofy smoleńskiej”. Ogarnęła mnie ciekawość (zboczenie zawodowe). I to był błąd.
Krótka przypominajka. Kilka godzin wcześniej  Antoni „wszędzie widzę podsłuch, wyczuwam spisek i wszelkie katastrofy powszechnie uważane za katastrofy były w istocie zamachami” Macierewicz w swym kwiecistym, niezwykle emocjonalnym, wręcz cholerycznym przemówieniu oskarżył Tuska, B. Klicha, Sikorskiego, Arabskiego i J. Millera o zdradę i celowe działanie w celu „wykluczenia prezydenta Lecha Kaczyńskiego z uroczystości w Katyniu”.  A, i jeszcze o spiskowanie z Putinem. I jeszcze o niedopełnienie obowiązków. I w ogóle o „szereg przestępstw na szkodę Rzeczypospolitej Polski oraz jej konstytucyjnych organów”. Generalnie o wszystko, o co można oskarżyć premiera demokratycznego państwa.
W owym wywiadzie przeprowadzanym przez pewnego kogoś (nie wiem kogo, bo nie byłem w stanie wytrzymać na tyle długo, by dowiedzieć się, kto zadaje tak głupie, tendencyjne pytania), Antoni „wszędzie widzę podsłuch, wyczuwam spisek i wszelkie katastrofy powszechnie uważane za katastrofy były w istocie zamachami” Macierewicz kreował się na męża stanu, jedynego, który prawdę zna i jedynego, który o tę prawdę walczy (umownie oczywiście, bo on walczy najbardziej, ale z polecenia Jarka K.). – Otoczenie premiera i on sam nie dopełnili obowiązków, a BOR nawet nie sprawdził i nie zabezpieczył lotniska. – mówił Antek. Zaaferowany dziennikarzyna wtórował: – No tak, przecież nie chodziło o tanie państwo. – Ale oczywiście, że nie, najwyraźniej komuś  bardzo zależało na tym, by prezydent do Katynia nigdy nie doleciał. Czyli – zamach, którego autorami byli funkcjonariusze BOR, Tusk, Arabski, Sikorski, Miller, Klich i Putin.
Jednak najgorsze dopiero miało nadejść. Telefon do radyja: – Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja Dziewica. Mam pytanie do szanownego pana ministra. Jak pan myśli, czy wybuch tego islandzkiego wulkanu był przypadkowy i miał wpływ na zachodnich przywódców, by nie przyjeżdżać na pogrzeb ś.p. Lecha Kaczyńskiego?”. Szczena mi opadła. Odpowiedź: – Wiem jedno: wybuch wulkanu był wykorzystywany jako pretekst, by nie pojawiać się na Wawelu. Taki Obama, zamiast być w Polsce, grał w tym czasie w golfa”. WTF!! No, jawne nabijanie się z sojusznika i dawanie klapsa w dupę Tuskowi. Kolejny telefon: – Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja Dziewica. Chciałbym panu posłowi pogratulować tej siły w dążeniu do prawdy. Nie chcę przesadzać, ale moim zdaniem jest to siła nadprzyrodzona. Mam Pana zdjęcie z pierwszej komunii i sądzę, że to z tej hostii czerpie Pan tę siłę”. Wyłączyłem radio. Jeszcze chwila i przeszedłbym na ciemna stronę mocy, mózg by mi się wyprał i parokrotnie wyrznął i potrzebowałbym egzorcysty tak jak ci słuchacze opętani przez nadprzyrodzone siły Antoniego M.
Z jednej strony było to pouczające doświadczenie. Z drugiej to straszne, jaki to radio ma posłuch i wpływ na kształtowanie opinii  wśród pewnego, jasno określonego środowiska bezgranicznie wierzącego w słowa oszołoma Macierewicza i równie oszołomionego dziennikarzyny tegoż radia, jak potrafi wyprać mózg. Przerażające.
Nie mówię, że władza czy BOR są całkowicie zwolnione od odpowiedzialności, ale mówienie o ich celowym działaniu na szkodę państwa jest grubą przesadą. Wręcz herezją… działaniem na szkodę państwa. I tu kółko się zamyka.
Chciałbym już o tej katastrofie zapomnieć. A taki Antek mi nie pozwala. Nie spocznie, dopóki nie dojdzie… do prawdy. Swojej prawdy… A jak wiadomo "istnieją trzy rodzaje prawdy: święta prawda, tysz prawda i gówno prawda”. Czwartej, macierewiczowej prawdy, nie ma. Jakiś oksymoron chyba.

niedziela, 1 lipca 2012

Podsumowanie Euro 2012


W Euro 2012 do rozegrania pozostał już tylko jeden mecz – finał pomiędzy reprezentacjami Włoch i Hiszpanii. Nadszedł więc czas pierwszych podsumowań. Niezależnie od wyniku już teraz można pokusić się o wybór największych gwiazd i przegranych polsko-ukraińskiego turnieju. Bo przecież mało prawdopodobne, by Buffon czy Casillas puścili szmatę, a Pirlo zagrał najgorszy mecz w karierze. 

Najlepszy bramkarz:
Kandydatów było trzech: Rui Patricio z Portugalii, Gianluigi Buffon z Włoch i Iker Casillas z Hiszpanii. Wygrał ten ostatni, gdyż to on zapewnił Hiszpanom możliwość zwycięstwa z Chorwacją - w końcówce meczu obronił strzał głową z trzech metrów Ivana Rakiticia! Ponadto obronił jedenastkę Joao Moutinho w serii rzutów karnych w półfinałowym starciu z Portugalią. Spośród trójki wymienionych jest najpewniejszy – Buffonowi i Patricio zdarzały się w tym turnieju niepewne interwencje i nieporozumienia z obrońcami, które mogły skończyć się stratą bramki. Casillas takich problemów nie miał. Dość powiedzieć, że Hiszpanie w tym turnieju stracili zaledwie jednego gola. 

Najlepszy obrońca:
Przed meczami półfinałowymi moim faworytem był Mats Hummels. Ale mecz z Włochami obnażył jego braki – dał się ograć jak dziecko Antonio Cassano, dzięki czemu ten miał prostą drogę do dośrodkowania na głowę Balotelliego. W związku z tym na ostatniej prostej wyprzedził go Fabio Coentrao. Trudno w zasadzie stwierdzić, że jest to obrońca, gdyż częściej niż w obronie mogliśmy go oglądać w roli rozgrywającego bądź lewoskrzydłowego dublującego pozycję Cristiano Ronaldo. Nominalnie ustawiany był na lewej obronie, dlatego też mógł wygrać klasyfikację na najlepszego obrońcę. Zresztą ta jego wszechstronność, żelazne płuca i doskonała gra zarówno w obronie, jak i w ataku zdecydowały o jego triumfie w tej kategorii. Jedynym, który sprawiał mu większe problemy był Jesus Navas, ale miało to miejsce od 105 minuty półfinałowego meczu przeciwko Hiszpanii podczas gdy Portugalczyk grał od początku meczu, a Navas wszedł pod koniec drugiej połowy. Klasowy występ. 

Najlepszy pomocnik:
Tu wybór był najprostszy. Andrea Pirlo – najlepszy pomocnik, ale także najlepszy zawodnik turnieju. Mówiąc krótko: od niego wszystko się zaczyna, mózg drużyny, reżyser i dyrygent poczynań włoskiej drużyny. Każda akcja przechodzi przez niego, to on decyduje o tempie i obliczu Italii. Mówi się, że po trzydziestce piłkarz gra coraz gorzej, ale Pirlo swoją postawą na boisku zaprzecza tej tezie. Przed sezonem 33-letni pomocnik AC Milan przeszedł do Juventusu Turyn i odżył. Z Milanem zdobył wszystko i brakowało mu motywacji. Odnalazł ją w Turynie i od razu stał się kluczową postacią w zespole mistrza Włoch. Podaje na milimetry (w Euro 3 asysty), doskonale egzekwuje stałe fragmenty gry (1 gol) i… wykonuje karne (jedenastka z meczu z Anglią przejdzie do historii). Nie jest może szybki, ale za to doskonały technicznie. Odebranie mu piłki graniczy niemal z cudem. To zdecydowanie jego turniej. 

Najlepszy napastnik:
To nie był turniej napastników. Zawodzili van Persie, Wayne Rooney, Helder Postiga, przebłysk z meczu z najsłabszą na turnieju Irlandią zanotował Fernando Torres, ale potem osiadł na ławce, Zlatan Ibrahimović nie mógł znaleźć sobie miejsca na boisku, Mario Gomez zagrał dwa mecze i zniknął, Mario Balotelli zaskoczył w najważniejszym momencie – w półfinale z Niemcami, ale wcześniej zmarnował kilka stuprocentowych okazji. Dlatego wybór padł na Mario Mandżukicia – strzelca trzech goli (2 z Irlandią i 1 z Włochami). Wykorzystał wszystkie okazje, które wypracowali mu partnerzy z reprezentacji Chorwacji i to jego skuteczność zadecydowała o moim wyborze. Klasę zawodnika dostrzegli także włodarze Bayernu Monachium, którzy natychmiast po odpadnięciu Chorwacji z turnieju zdecydowali się wykupić napastnika z Wolfsburga.

Największe rozczarowanie (reprezentacja) i największe zaskoczenie (in minus):
Holandia – jeden z głównych faworytów do zdobycia tytułu mistrza Europy zawiódł na całej linii. Fakt, grali w grupie śmierci z Niemcami, Portugalią i Danią, ale to oni wraz z Niemcami mieli dyktować warunki gry i wspólnie z nimi bez większych problemów do ćwierćfinału. Tymczasem Wesley Sneijder, Robin van Persie, Arjen Robben i spółka przegrali wszystkie trzy mecze i po fazie grupowej pożegnali się z turniejem. Holendrzy nie stanowili zespołu. Wewnętrzne kłótnie, niezadowolenie m.in. van der Vaarta i Huntelaara z siedzenia na ławce i egoistyczna gra największych gwiazd drużyny przełożyły się na fatalną atmosferę, a co gorsza na postawę na boisku. W pojedynkę nikt meczu nie wygra, a Holendrzy sprawiali wrażenie, jakby nie rozumieli podstaw piłki nożnej. 

Największe rozczarowanie (zawodnik):
I tu był problem bogactwa. Dlatego wybór padł na aż trzech graczy. Arjen Robben miał fatalny sezon w Bayernie Monachium, niemniej Bert van Maarvijk mu zaufał. Nie opłaciło się. Holender grał zbyt indywidualnie, nie dostrzegał lepiej ustawionych kolegów, wszystkie akcje chciał kończyć strzałem. Kiedy już zdecydował się podać (do van der Vaarta w ostatnim meczu z Portugalią) padła bramka. Tylko że to był tylko wypadek przy pracy Robbena, a nie stała tendencja jego zachować. Wszystkie jego braki najlepiej obnażył kolega z Bayernu, Phillip Lahm – wystarczyło, by Niemiec blokował Holendrowi lewą nogę i ten miotał się jak dziecko we mgle.
Z goła odmienne nastroje towarzyszyły przed turniejem Robinowi van Persiemu, który miał za sobą fantastyczny sezon okraszony zdobyciem tytułu króla strzelców Premiership. Niestety już w meczu z Danią zaprzepaścił tyle doskonałych sytuacji co w całych rozgrywkach ligi angielskiej. I potem już do końca nie mógł się odnaleźć. Strzelił co prawda bramkę Niemcom, ale był to jedynie jednorazowy wyskok. Szkoda, bo typowałem go na jedną z gwiazd Euro 2012.
Lukas Podolski – chyba zawróciła mu w głowie przeprowadzka do Arsenalu. Łukasz nie był tym samym zawodnikiem co w FC Koeln. Przebojowy, szybki, niezwykle zadziorny i niebezpieczny pod bramką rywali podczas Euro zgasł, stał się anemicznym, bardzo przeciętnym zawodnikiem. Apogeum jego słabej postawy oglądaliśmy podczas warszawskiego półfinału z Włochami, gdzie został zmieniony po pierwszej połowie. Przez 45 minut nie pokazał nic poza kilkoma bardzo nieprecyzyjnymi zagraniami. A może to presja gry w kraju jego przodków go zjadła. O wiele lepiej spisali się dwaj jego zmiennicy – Andre Schurrle i Marco Reus. 

Największe zaskoczenie (in plus):
Anglia – pomimo licznych kłopotów kadrowych zdolali wyjść z trudnej grupy w pierwszego miejsca i napędzić stracha Włochom w ćwierćfinale Przed turniejem pisałem, że Anglicy nie maja większych szans na odegranie znaczącej roli w Euro 2012. Ba, nawet na wyjście z grupy. Tymczasem pokazali charakter, wolę walki i hart ducha. Udowodnili, że brak m.in. Garetha Barry’ego, Franka Lamparda, Gary’ego Cahilla i – w dwóch pierwszych meczach – Wayne’a Rooney’a oraz mając problemy z selekcjonerem (Roy Hodgson objął te funkcje po Fabio Capello na niespełna miesiąc przez mistrzostwami)  można pokusić się o niespodziankę. Wyprzedzenie Francji, Szwecji i współgospodarza Ukrainy było niemałym osiągnięciem. W ćwierćfinale zostali pokonani przez Włochów, ale przez 120 minut doskonale się bronili i mieli przy tym odrobinę szczęścia. Ostatecznie nie dali rady, ale ich dobry występ był dla mnie sporym zaskoczeniem.

Moralny zwycięzca:
Nie ukrywam – kategoria specjalnie utworzona, by uhonorować Irlandię. Nie tylko grę zawodników, którzy nawet przegrywając 4:0 z Hiszpanią do końca dążyli do zdobycie honorowej bramki, ale także – a może przede wszystkim – z uwagi na jej fantastycznych kibiców. Ich chóralne śpiewy we wspomnianym meczu z Hiszpanią przy stanie 4:0 przejdą do historii jako wzór dopingowania swojej reprezentacji w sytuacji druzgocącej porażki. Dzięki takiej postawie zaskarbili sobie sympatię nie tylko polskich kibiców, ale też tych z całego świata. To o nich mówiono częściej aniżeli o grze piłkarzy, to oni zrobili swojemu kraju doskonałą reklamę. I kto wie, czy nie załatwili Irlandii (Szkocji i Walii) wygranej w wyścigu o organizację Euro 2020.

Jedenastka turnieju:
Iker Casillas – Joao Pereira, Mats Hummels, Sergio Ramos, Fabio Coentrao – Andrea Pirlo, Daniele de Rossi, Xabi Alonso, Vaclav Pilar, Jewhen Konoplanka – Mario Mandżukić 

Następny tak wielki turniej w Polsce odbędzie się w 2014 roku. Wbrew słowom ministry Muchy nie będą to Mistrzostwa Europy w siatkówce mężczyzn, a Mistrzostwa Świata, dyscypliny tym razem nie pomyliła. Szkoda, że to już koniec.