Wczorajsze tzw. „drugie expose” (nie wiedzieć czemu drugie,
skoro trzecie) miało być dniem próby dla premiera rządu naszego. Żeby nie było,
nie było to expose Glińskiego czy Cymańskiego, co to to nie, to było
wystąpienie Tuska, które miało… W zasadzie nie wiadomo co miało, ale cokolwiek
to było, to swojego zadania nie spełniło… A nie, przepraszam, jedno spełniło: rząd znów
sobie zaufał.
Teorii jest kilka. Pierwsza z nich głosi, że expose miało
odwrócić negatywny trend sondażowy, w którym PO cały czas traci przy
równoczesnym umacnianiu się PiS. Doszło do tego, że po raz pierwszy od 2005
roku Platforma straciła pozycję lidera na rzecz partii Jarosława Kaczyńskiego.
Najnowszy sondaż TNS Polska przeprowadzony już po wystąpieniu zdaje się
potwierdzać, że przemówienie Tuska niczego nie zmieniło – 40 do 35 prowadzi
PiS.
Druga teoria „mówi” o zarysowaniu kierunku zmian. Premier
obiecał m.in. zmiany w sektorze gospodarki, wzmocnienie przedsiębiorczości,
modernizację kolei, dokończenie budowy autostrad i obwodnic miast oraz
wydłużenie urlopu macierzyńskiego z pół roku do roku. Jak skrzętnie wyliczyli
ekonomiści, na wszystkie reformy potrzeba bagatela 234 mld zł! Budżet UE, który
miałby zapewnić nam 300 mld zł, nie jest jeszcze zatwierdzony i nie wiadomo, czy
taka kwota zasili państwowe konto. Zresztą, te 300 mld zł Po obiecywało w
kampanii wyborczej już w 2010 roku. Taka powtórka z rozrywki. I tu pojawia się pytanie m.in. o to, kto ma te
drogi dokończyć i wybudować nowe w sytuacji, kiedy mając w pamięci wydarzenia
po EURO 2012 i liczne upadki kolejnych dużych firm budowlanych, spółki obawiają
się złożenia oferty, by nie spotkał ich taki sam los. Kolej modernizujemy od 23
lat, od czasu przemiany ustrojowej kolejne rządy obiecują to samo i co? Jedyną
zmianą na kolei jest ciągle rosnąca liczba wypadków. Nie mówiąc już o tym, że
kilka ze złożonych wczoraj obietnic, m.in. obwodnica Poznania, było złożonych już
dwa lata temu. Jak widać, niektóre obietnice są ciągle aktualne.
Wysłuchawszy części "expose" dotyczącej wydatków czekałem tylko na płynne przejście do części "komu zabrać", żeby złożone obietnice móc zrealizować. Tej kartki premier jednak zapomniał i po godzinie przemówienie zakończył. Ku zaskoczeniu wszystkich - po raz pierwszy premier nikomu nic nie zabrał! A przynajmniej nic o tym nie powiedział, takie "ukryte koszty", taki tekst oznaczony "gwiazdką", którego - jak wiadomo - nikt nie czyta.
Wysłuchawszy części "expose" dotyczącej wydatków czekałem tylko na płynne przejście do części "komu zabrać", żeby złożone obietnice móc zrealizować. Tej kartki premier jednak zapomniał i po godzinie przemówienie zakończył. Ku zaskoczeniu wszystkich - po raz pierwszy premier nikomu nic nie zabrał! A przynajmniej nic o tym nie powiedział, takie "ukryte koszty", taki tekst oznaczony "gwiazdką", którego - jak wiadomo - nikt nie czyta.
Trzeci powód wczorajszego wystąpienia – bo już nie teoria,
skoro premier sam to przyznał – to chęć sprawdzenia,
czy Tusk nadal ma większość w Sejmie po ostatnich tarciach w koalicji i wewnątrz
samego PO. Stąd wniosek o wotum zaufania. To miało też inny cel – Tusk chciał
uprzedzić tym ruchem wniosek o wotum nieufności, którego złożenie zapowiedziało
PiS. To akurat spełniło swoje zadanie. Trudno było oczekiwać, że PSL i PO
podkopią pod sobą doły i w nie wpadną, naiwnością było myślenie, że wobec
nadzwyczajnej mobilizacji posłów koalicji rząd upadnie, a skoro koalicja nadal
ma większość, to ponowne głosowanie, tym razem z zamiarem obalenia rządu, nie
ma najmniejszego sensu. Jasne, Tusk trochę pogroził PSL-owi oraz
konserwatywnemu skrzydłu wewnątrz PO, jednak strach przed straceniem stołka
okazał się na tyle poważnym argumentem, że nawet spory odeszły na drugi plan.
Pytanie tylko, czy nie skończy się podobnie jak to miało miejsce w przypadku „paktu
stabilizacyjnego” PiS-LPR-Samoobrona. Tam miarka w końcu się przebrała. To może
być podobnie – w siłę rośnie frakcja konserwatywna, na jaw wychodzą kolejne
afery, a PSL szuka sojuszników w partiach opozycyjnych. To nie wróży nic
dobrego.
Po wystąpieniu premiera liczne media zadały pytanie: czy
uwierzyłaś/-eś premierowi w jego obietnice? A ja się pytam, jakie to ma teraz
znaczenie? Wyborów nie ma i raczej nie należy się ich spodziewać w ciągu
najbliższych miesięcy, może trzech lat. Kiedy do nich dojdzie, wtedy, śmiem
twierdzić, to znów nie będzie to problem rozliczonych bądź nierozliczonych
obietnic, a tego, kto będzie mniej gorszy dla Polski. Niestety, nasza za
przeproszeniem klasa polityczna nie spiera się merytorycznie, nie walczy na
programy, a na sposoby dowalenia konkurentowi. W takiej sytuacji wyborcy mają
dwa wyjścia: nie głosować lub zagłosować wybierając mniejsze zło, na tego, kogo
sposób dowalania mu bardziej odpowiada. Taki kraj.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz