Szukaj na tym blogu

środa, 3 sierpnia 2011

Dwa miesiące zabawności

                A jednak znów o polityce. Jutro miłościwie nam panujący prezydent Bronisław Komorowski ma ogłosić termin wyborów parlamentarnych. Co z tego, że zrobił to już w lipcu – oficjalnie ma ogłosić jutro. A ponieważ Trybunał Konstytucyjny uznał za niezgodny z Konstytucją wniosek Platformy o zakazie prowadzenia kampanii „spotowej” i „billboardowej” (medialnej), możemy się w najbliższych dniach, a w zasadzie w najbliższych dwóch miesiącach spodziewać tyleż ostrej, co zapewne wesołej i zabawnej kampanii wyborczej. A skoro już o wesołości i zabawności mowa  - może warto w przededniu oficjalnego rozpoczęcia wyścigu po stołki przypomnieć pewne sytuacje, których byliśmy świadkami w ostatnich latach. Ponieważ jednak lenistwo to moje drugie imię to oprę swój wywód na pracy magisterskiej… swojej, żeby nie było. P.S. Palikot i Lepper są już nudni i „zgrani”, więc ich pominę.
                Onegdaj (takie „gupie” słowo, a zatem idealnie pasujące do sytuacji) w kaplicy sejmowej odbyła się jedna z najważniejszych mszy po roku 1989. Był lipiec 2006 roku. Intencją zamówionej przez rządzące wówczas Prawo i Sprawiedliwość mszy było to, aby… spadł deszcz („mamy prawo do deszczu, czekamy na sprawiedliwość”). Susza była, to prawda, ale żeby od razu Boga w to mieszać? Inna sprawa, że wysłuchał On tej intencji i prośbę spełnił… pięć lat później. I to z nawiązką.
                We wspomnianym rządzie była też pewna kobieta, Rzecznikiem Praw Dziecka ją nazywali. Ewa Sowińska, bo o niej mowa, tak bardzo przejęła się czerwoną torebką teletubisia płci męskiej, że poddała w wątpliwość jego (jedyną słuszną) orientację seksualną. Pech chciał, że uczyniła to na łamach prasy, konkretnie „Wprostu”. Jeszcze większy pech chciał, że wścibscy amerykańscy dziennikarze „The Washington post” wyhaczyli tę wypowiedź i nagrodzili naszą rodzimą osobowość nagrodą – trzecim miejscem w konkursie na „Idiotę Roku 2007”. Ale to chyba nie jest powód do dumy, ani dla nas, ani dla Pani Rzecznik. Chociaż kto wie.
                Był wtedy jeszcze pewien polityk, który już politykiem być przestał. A szkoda, bo wesoło było. Mowa o Romanie Giertychu, swego czasu ministrze edukacji narodowej, który sam w edukacji (żeby nie powiedzieć w ewolucji) miał braki. Najpierw w 2006 roku postanowił przepracowanej młodzieży maturalnej zrekompensować trudy nauki poprzez zapewnienie amnestii w razie niepowodzenia, potem chciał umundurować dzieci, a na końcu wyrzucić z kanonu lektur m.in. Gombrowicza, Herlinga-Grudzińskiego i Witkacego na rzecz ks. Jana Twardowskiego, papieża Jana Pawła II i… nie wiedzieć czemu, wszak kapłanem nie był, Tolkiena. Roman miał w swej partii, Lidze Polskich Rodzin, kolegę, Wojciecha Wierzejskiego. Ale o homofobach nawet nie ma sensu się rozpisywać.
                7 października 2006 roku odbyło się kolejne wiekopomne wydarzenie – politycy zafundowali obywatelom trzy spektakle jednocześnie. Tego dnia Warszawa została zalana falą manifestacji, a raczej wieców poparcia trzech partii – PO, LPR i PiS-u. Ugrupowanie Donalda Tuska zorganizowało „Błękitny marsz” przeciwko rządom PiS, PiS maszerował w ramach autopromocji, a LPR wspólnie z Radiem Maryja przeszły ulicami stolicy pod hasłem „Marszu dla Życia”. Cokolwiek by na sztandarach nie było napisane, to chodziło o jedno – pokazanie, kto zgromadzi największą rzeszę ludzi.  Gdyby rozdawano medale to złoto przypadłoby PO (11 tys.), srebro PiS-owi (8 tys.), a LPR-owi brąz (2 tys.). Ale tak naprawdę wszystkie marsze zakończyły się porażką organizatorów, gdyż spodziewano się dwukrotnie większej liczby uczestników. I mniej więcej takie proporcje zachowały się do wyborów parlamentarnych, które odbyły się dwa tygodnie po manifestacjach.
                Za dwa tygodnie kolejne wybory i być może kolejne manifestacje. Jedno jest pewne – przez najbliższe dwa tygodnie politycy będą sympatyczni jak nigdy (lub jak zwykle przed wyborami), a potem, gdy już zajmą swoje miejsce przy korycie, wrócą do formy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz