Szukaj na tym blogu

wtorek, 30 sierpnia 2011

Debaty będą, ale…


Wygląda na to, że saga pt. „debata o debatach” dobiegła końca. Cztery partie dogadały się w sprawie formuły ich przeprowadzenia, jedno ugrupowanie odmówiło wzięcia w nich udziału. Które? Oczywiście PiS. Przewodniczący sztabu wyborczego Prawa i Sprawiedliwości Tomasz Poręba opuścił wczorajsze spotkanie po 20 minutach. Zdążył w tym czasie jeszcze raz przedstawić żądania swojej partii, tzn. debaty mają się odbyć w Centrum Programowym PiS przy Nowogrodzkiej tylko z udziałem koalicji rządzącej. Nie widząc aprobaty ze strony przybyłych tupnął nogą, odwrócił się na pięcie i wielce urażony wyszedł.
Dziwne, ale nie słyszałem jeszcze komentarza ze strony Kaczyńskiego, Hofmana lub Macierewicza. Prawdopodobnie w ciągu kilku godzin te opinie się pojawią, ale nie sądzę, aby brzmiały inaczej jak:
Kaczyński: To wina Tuska.
Hofman. To wina Tuska. No jeżeli oni nie chcą z nami rozmawiać, to widocznie się czegoś boją. A poza tym sam fakt, że unikają debaty z nami świadczy o tym, że ten rząd się do niczego nie nadaje.
Macierewicz: To przez ruskich. A skoro Tusk się ruskim nie stawia, to i przez niego też.
                Tak czy inaczej, marginalizowany przez wszystkie pozostałe partie PiS debatować nie zamierza. A co ustaliła pozostała czwórka? Debaty mają odbywać się w każdy piątek aż do wyborów 9 października, prawdopodobnie o godzinie dwudziestej. Począwszy od najbliższego piątku, kiedy to tematem będzie służba zdrowia, przedstawiciele SLD, PO, PJN i PSL będą kolejno dyskutować o infrastrukturze i polityce regionalnej, gospodarce i stanie finansów publicznych, polityce zagranicznej oraz o rolnictwie i sprawach wsi. Mają to być debaty eksperckie. W ostatniej, tuż przed wyborami, mają się spotkać liderzy wszystkich partii. Kaczyński i jego świta debaty będą oglądać przed telewizorem, w kapciach, zapewne żarliwie je komentując następnego dnia za pośrednictwem mediów.
                Pytanie tylko, co wniosą te debaty? Z założenia mają one przybliżyć społeczeństwu programy partii. Ale PO już zapowiedziało, że za ich sprawą ma zamiar rozliczyć czteroletni okres rządów koalicji z PSL, czyli „same sukcesy”, PSL będzie odgrywać rolę mniejszego brata PO, PJN to dla mnie jakiś dziwaczny twór, ludzie, którzy chcieli pokazać swoją niezależność od Jarosława Kaczyńskiego, nawet nie wiem czy mają jakiś program, a SLD… paradoksalnie to właśnie SLD ma najwięcej do wygrania. Jedyna lewicowa partia ma okazję pokazać, że ma pomysł na rządzenie i jest realną alternatywą dla obu prawicowych partii. W końcu gdzie dwóch się bije…  
                Po raz kolejny okazało się, że PiS strzela sobie w stopę, a rykoszetem w kolano. Eliminując się z debat (chociaż oni będą twierdzili, że to z nimi nikt nie chce gadać) pokazują swoją słabość i obawę przed dyskusją. Ale… na niedzielę zaprosili, oczywiście do swego Centrum Programowego, ministra rolnictwa, Marka Sawickiego. I jak ten nie przyjdzie, a zapowiedział już, że nie ma najmniejszego zamiaru przyjść, znów się obrażą i będą trąbili, że to ministrowie rządu Tuska boją się dyskutować z największa opozycyjną partią. I tak w kółko… Ale mnie to osobiście nie martwi, bardziej bym się przejmował, gdyby jakimś cudem PiS w debatach wziął udział i „ciemny lud kupił” te ich wizje. A tak to PiS sam się skreślił.

sobota, 27 sierpnia 2011

Co z tymi debatami?

            Kilka dni temu Donald Tusk zaproponował Prawu i Sprawiedliwości serię debat o gospodarce. Odpowiedź prezesa wszystkich prezesów, Jarosława Kaczyńskiego, była natychmiastowa: debaty tak, ale na naszych warunkach i na naszym terenie. Na te słowa premier tupnął nogą i powiedział, że nie zgadza się na upokarzanie ministrów polskiego rządu. W to wszystko włączyli się jeszcze posłowie PSL-u, PJN-u i SLD i Palikot: ale jak to, dlaczego mają debatować tylko między sobą? To bezprawne i niesprawiedliwe. I kolejna bitewka gotowa…
Pierwsza z debat miała odbyć się wczoraj. A w zasadzie miały odbyć się dwie. Jedna o godzinie 12 w Centrum Programowym PiS z udziałem minister edukacji Katarzyną Hall, druga z udziałem liderów partii w Polsacie ok. godziny 19 (trzeba przy tym zaznaczyć, że została ona zwołana na kilka godzin przed planowaną emisją). Pierwsza w ogóle nie doszła do skutku, gdyż pani minister zgodnie z zaleceniami (żeby nie powiedzieć z rozkazem) premiera nie stawiła się w siedzibie wroga, w drugiej natomiast naprzeciw siebie zasiedli… koalicjanci, premier Tusk i vice-premier Pawlak. Napieralski nie przyszedł, gdyż nie zdążyłby się dobrze przygotować, Kowal nie przyszedł, bo nie zdążyłby dojechać do Warszawy będąc poza nią, a Kaczyński nie przyszedł, gdyż… pewnie się obraził zasłaniając się jakąś wizytą w szkole podstawowej w Kutnie. Zatem z tej debaty też nici…
Wczoraj w programie „Minęła dwudziesta” w TVP Info gośćmi byli: mój „idol” (zaraz po Macierewiczu), Adam Hofman z PiS, Andrzej Halicki z PO, Eugeniusz Kłopotek z PSL i Jerzy Wenderlich z SLD. Tematem oczywiście debaty. (Prawie) każdy z obecnych miał swój pomysł na przeprowadzenie rozmów o Polsce: Hofman zawiesił się na „debata tak, ale z naszymi zabawkami w naszej piaskownicy”, Wenderlich chciał debaty medialnej z udziałem liderów wszystkich partii, Halicki powtarzał słowa Tuska jawnie nabijając się przy tym z Hofmana, a Kłopotek w zasadzie wtórował Wenderlichowi, lepszego (własnego) pomysłu widocznie nie miał. Oczywiście do żadnych konkretnych wniosków nie doszło, bo i dojść nie mogło, gdyż to nie ci ludzie będą decydowali o tym, kto, z kim, kiedy i po co ma się spotkać i podebatować. Zresztą, oni i tak by się przy tym ustalaniu pokłócili…  
Muniek Staszczyk śpiewał kiedyś: „Jesteśmy jak dzieci – zupełnie niedorośli, jak zagubieni bracia”. I dokładnie tak jest z naszymi politykami i z dwoma największymi partiami. Wydawałoby się, że dwie partie prawicowe powinny się ze sobą „zbratać”, miała nawet powstać koalicja PO-PiS, a tymczasem wyszła z tego jedynie popisowa wojna polsko-polska. Trafnie cała sytuację podsumował Marcin Daniec mówiąc o Polsce jako o jedynym kraju na świecie, w którym prawica jest opozycją do prawicy.
Jeśli sztaby się nie dogadają, debat nie będzie. A na to jest duża szansa. Rozwiązaniem mogłoby być przeprowadzenie debat w którejś z piaskownic (miejsce najbardziej adekwatne dla naszej, za przeproszeniem, klasy politycznej), ale wtedy kłótnia byłaby o miasto, dzielnicę czy o kolor i wielkość piasku. Przynajmniej z zabawkami nie byłoby kłopot(k)u – i tak przynieśliby swoje.


czwartek, 11 sierpnia 2011

Zawieszeni pomiędzy rzeczywistością a wspomnieniami


Nominacja do Oscara w kategorii najlepsza aktorka pierwszoplanowa dla Nicole Kidman, dość  przychylne recenzje krytyków, broadwayowski przebój Davida Lindsay Abaire'a „Rabbit hole” przeniesiony na duży ekran i reżyser, który w 2006 roku wywołał niemały skandal obyczajowy filmem „Shortbus” – tak w skrócie można opisać najnowszą produkcję  Johna Camerona Mitchella (polski tytuł „Między światami”). Mieszanka, wydawałoby się, wybuchowa. A jednak czegoś w tym filmie zabrakło…
„Między światami” to prosta, bez zbędnych fajerwerków czy efektów specjalnych, cicha, melancholijna, intymna historia małżeństwa, Beccy (Nicole Kidman) i Howiego (Aaron Eckhart), które osiem miesięcy wcześniej w wypadku straciło swego jedynego syna - czteroletniego Danny’ego. Narracja jest wieloaspektowa: trauma rodziców związana z utratą dziecka, konieczność pogodzenia się z zaistniałą sytuacją, życia dalej z ogromnym bólem, próby zapomnienia, poszukiwanie winnych, podtrzymywanie relacji międzyludzkich z rodziną i znajomymi itd. Jednak w tym przypadku są to wątki poboczne. Reżyser postanowił pójść w nieco inną stronę i ukazać losy małżeństwa, które przeżywając wspólną tragedię jednocześnie oddala się od siebie. Becca i Howie mają zgoła odmienne pomysły na poradzenie sobie ze śmiercią syna: ona zamyka się w domu, obwinia Boga za wypadek, pozbywa się rzeczy przypominających jej o Danny’m; on uczestniczy w spotkaniach grupy wsparcia – ludzi, którzy doświadczyli podobnej tragedii, uważa, że rzeczy ich syna powinny zostać w domu, ogląda filmy nakręcone jeszcze za życia chłopca. Żyją razem, a jakby obok. Jednak mimo przeciwności, rozbieżności zdań, próbują wszelkimi siłami znaleźć sposób, aby uporać się z demonami przeszłości. I znaleźć ukojenie.
Najmocniejszą stroną produkcji Johna Camerona Mitchella jest główna para aktorska – Nicole Kidman i Aaron Eckhart. Ona otrzymała za tę rolę nominacje do Oscarów (przegrała z rewelacyjną Natalie Portman, która statuetkę otrzymała za rolę w filmie „Czarny łabędź”), on… moim zdaniem, na nominację przynajmniej zasługiwał. Kidman, gwiazda takich hitów filmowych jak „Batman forever”, „Australia”,  „Inwazja” czy „Dogville” oraz musicali „Nine” i „Moulin Rouge”, gra kobietę cierpiącą, ale cierpiącą w dwojaki sposób. W domu jest cicha, zamknięta w sobie, skryta, na zewnątrz, kiedy wychodzi do ludzi, przerzuca swoje cierpienie na innych epatując nim, jakby chciała winą za śmierć dziecka obarczyć cały świat. Jej gra odbywa się głównie… nawet nie twarzą (mimika jest dość ograniczona), a… oczami. To z nich widz może odczytać emocje, jakie towarzyszą w danej chwili Becce. Minimum ekspresji, a maksimum emocji – to pomysł Kidman (i pewnie reżysera) na tę postać. I wyszło to znakomicie.
Postać kreowana przez Aarona Eckharta prezentuje nieco odmienny „styl” radzenia sobie z tragedią. W domu zachowuje się podobnie jak Becca – jest cichy, wycofany, ale w przeciwieństwie do niej, stara się wspólnie z żoną przeżywać żałobę. Jego postawa „na zewnątrz” nie odbiega znacznie od tej prezentowanej w domowym zaciszu – jest powściągliwy, mniej impulsywny, w dalszym ciągu zamknięty na otoczenie. I być może brak tej zmiany, niemal cały czas ten sam poziom emocji (aczkolwiek są dwa momenty wybuchu złości, w których daje upust swoim emocjom) sprawił, że jego gra nie została doceniona przez kapitułę ogłaszającą nominację do Oscarów. Oglądałem niedawno film „Love happens” (Miłość w Seattle), gdzie Eckhart zagrał u boku Jennifer Aniston. Tamta rola była dobra, ta… o dwa poziomy lepsza.
Jest jeszcze jedna postać, którą należy wyróżnić – to Miles Teller, odtwórca roli Jasona. Niełatwo jest debiutować na dużym ekranie u boku gwiazd światowego formatu. Jeszcze trudniej zostać wśród nich zauważonym. A jemu się udało. Jego rola jest pozornie drugoplanowa – pozornie, gdyż to właśnie Jason jest najbardziej znacząca postacią w całej tej historii, m.in. to on tworzy komiks pod tytułem „Rabbit hole”. Największą jego zaletą jest naturalność. Ale to chyba cecha większości aktorów po raz pierwszy pojawiających się na ekranie.
Jak już wspomniałem, anglojęzyczny tytuł filmu odnosi się do komiksu, a polski… do treści tego komiksu, ale też do tego, o czym pisałem wcześniej. Becca i Howie zawieszeni są pomiędzy śmiercią syna a dalszym życiem, pomiędzy rzeczywistością a metafizycznością, pomiędzy przeszłością a teraźniejszością i przyszłością. To dwa skłócone ze sobą światy, w których bohaterowie lawirują niewiedząc, w którą stronę pójść i dokąd ich ta droga zaprowadzi.
I właśnie. Niby wszystko w porządku, zgrabnie opowiedziana historia, ale… trailer zapowiadał coś zaskakującego jak „Inni” i wzruszającego jak „Uwierz w ducha”, a ja tu niczego takiego nie doświadczyłem. Film zaskakuje jedynie tym, że nie od razu wiemy, co wydarzyło się w tej rodzinie. Jednak reżyser dość szybko odkrywa tę tajemnicę. A wzruszenie? Mnie nie ogarnęło. Kiedy już następował moment, który mógłby wywołać wzruszenie, reżyser jakby włączał pauzę i zamiast pociągnąć temat rozluźniał atmosferę poprzez wtrącenie na wpół żartobliwego, na wpół gorzkiego zdania. Być może to celowy zabieg, aby widza „nie dobijać” ciężarem filmu (w końcu to komercyjna produkcja), jednak ja odbierałem to jako brak spójności, taki groteskowy element nijak mający się do sytuacji. Przyłapałem się nawet na patrzeniu co jakiś czas na zegarek, choć film nie trwa nawet półtorej godziny.
Może ja jestem zbyt mało wrażliwy, może ten film dobrze są w stanie odebrać tylko osoby, które doświadczyły podobnej tragedii, a może po prostu się na nim należycie nie skupiłem. Nie wiem. Mnie ten film nie wciągnął, aczkolwiek był znacznie lepszy i poważniejszy od jednak głupkowatego „Shortbus”. Chciałbym móc go polecić wszystkim wrażliwym, ale wtedy stanąłbym w opozycji do własnych słów. Polecam więc tylko tym, którzy szukają w filmie połączenia dramatu i groteski. W „Rabbit hole” to znajdą.

wtorek, 9 sierpnia 2011

Kadra z Biedronki


Natrafiłem dziś na pewną reklamę. Bynajmniej nie pierwszy raz, ale pierwszy raz wytrwałem do jej końca. I już wiem, że Franciszek Smuda reklamuje Biedronkę. Kto kojarzy ten kojarzy, a kto nie kojarzy przypomnę: selekcjoner piłkarskiej reprezentacji Polski powołuje do kadry osoby według alfabetu, bez względu na płeć. I tu na pierwszy rzut oka widać, że spece od biedronkowej reklamy doskonale znają się na piłce i nieprzypadkowo w głównej roli obsadzili popularnego „Franza”.
Nie oznacza to, że Franciszek Smuda szuka reprezentantów w Biedronce. Chociaż w przyszłości kto wie. Na razie oczy selekcjonera skierowane są na zachód i na Krakowskie Przedmieście. Na zachodzie wynajduje piłkarzy, których żadna inna reprezentacja nie chce, namawia ich, aby złożyli wniosek o przyznanie obywatelstwa, by później czekać na decyzję prezydenta. Może trochę generalizuję, gdyż np. Damien Perquis sam stanowczo zadeklarował chęć gry dla Polski, jednak idąc tropem (takie popularne sformułowanie „dla wtajemniczonych”) Smudy dojdziemy niedługo do kuriozalnej sytuacji – reprezentanci Polski nie będą w stanie porozumiewać się na boisku po polsku.
Marzeniem Franciszka Smudy jest obrona składająca się z Polaka Łukasza Piszczka, wspomnianego Francuza Damiena Perquisa, Kolumbijczyka Manuela Arboledy i Niemca Sebastiana Boenischa. Ciekaw jestem, w jakim języku będą się porozumiewać. Francuskim? Niemieckim? Hiszpańskim? Bo raczej nie polskim.
W pomocy nie lepiej. Jest Francuz Obraniak, doszedł teraz Niemiec Eugen Polanski, w kręgu zainteresować wciąż znajduje się Brazylijczyk Roger. Jeszcze tylko w ataku Olisadebe brakuje, ale może wróci.  A może i Daniel Sikorski doczeka się powołania. Ten jest przynajmniej Polakiem, ale ma również obywatelstwo austriackie. Tak czy inaczej, nienaturalizowani Polacy byliby wówczas w mniejszości.  Absurd. Tym większy, że obecnie z czwórki wymienionych obrońców żaden nie jest zdolny do gry: Boenisch kontuzjowany, Piszczek zdyskwalifikowany (na szczęście postanowił jednak odwołać się od decyzji Wydziału Dyscypliny PZPN), Arboleda i Perquis nie mają jeszcze obywatelstwa. Obawiam się, że kiedy wszyscy będą do dyspozycji trenera ten ich powoła i będzie forsował tę swoją wizję. A do Euro ledwie dziesięć miesięcy i na eksperymenty w linii defensywy już trochę za późno. Jedynym, który z tej czwórki zasługuje na pewne miejsce w drużynie, jest Piszczek.
Wychodzi na to, że lepiej wychować się i uczyć futbolu zagranicą, wówczas można liczyć na zainteresowanie ze strony selekcjonera reprezentacji Polski. Przynajmniej tego. Choć w gwoli ścisłości trzeba przypomnieć, że „Olisadebe w kadrze” to wymysł Jerzego Engela, a Roger Beenhakkera. Tyle tylko, że to były jednostkowe przypadki, Smuda robi to już na potęgę.

niedziela, 7 sierpnia 2011

Studenckie muzyczne credo

Typowa historia. W 2008 roku w Łodzi dwóch znajomych ze studiów postanawia założyć zespół. Wkrótce do Jędrasa i Mateusza dołączają instrumentaliści: Przemek (gitara), Krystian (bas), Wafel (perkusja) oraz wokalistka Martyna. Ukształtowany skład przyjmuje nazwę (jak przystało na akademickie środowisko) Magister Ninja. Piszą materiał i w 2010 roku publikują pod nazwą, a jakże, „Praca magisterska”. Ale na wyniki obrony przyjdzie jeszcze trochę poczekać, przynajmniej  do kolejnego krążka. Dlaczego?

                „Kiedy przyjdzie czas my wrócimy się przypomnieć”. To jeden z ostatnich wersów wieńczącego album utworu „Zamykamy”. A jeśli ten krążek powstanie, wtedy będzie można rozliczyć artystów z ich muzycznego credo zawartego w piosenkach „Cele” i właśnie „Zamykamy”. Jeśli ów założenia zostaną osiągnięte, a artyści, tak jak deklarują, pozostaną sobą (czyli nie dadzą sobie narzucić innego stylu), wtedy będzie można realnie ocenić ich „Pracę magisterską”. Warto przy tym zaznaczyć, że oba wspomniane utwory należą do najmocniejszych punktów tego wydawnictwa.

                Ale to nie jedyne mocne punkty tej płyty. Obok dwóch wyżej wymienionych moją uwagę przykuły również utwory „Jazz Daniel’s” (i tu następuje słuszne skojarzenie z „Jack’iem Daniel’sem", co bynajmniej nie jest powodem przykucia mojej uwagi; jest nim raczej drugie skojarzenie z piosenką „Whisky” grupy Dżem”), „List” oraz „Starszy Pan” będący coverem piosenki Mieczysława Fogga. Ogólnie „Praca magisterska” składa się z jedenastu rozdziałów.
                No dobra, ale co to właściwie za muzyka? Styl Magister Ninja to swoisty miszmasz – mieszanka rocka, rapu i muzyki elektronicznej. Mamy tu rockowy podkład z licznymi solówkami, rapowane zwrotki i śpiewane refreny. Niestety momentami odnosiłem wrażenie, że podkład nie współgra z wokalem, aczkolwiek nie przeszkadzało to w odbiorze. Bardziej irytuje niemożność zrozumienia niektórych partii tekstu z uwagi na niezbyt dobrą dykcję raperów i natłok tekstu. Ze śpiewem wokalistki jest lepiej, przynajmniej jest zrozumiała, ma ciekawą barwę, ale też wyraźne problemy z górnymi partiami dźwięku.
                I właśnie. Słaby wokal, dziwaczna nazwa kapeli, niektóre teksty też pozostawiają trochę do życzenia, a mimo wszystko płyta wpadła mi w ucho i ostatnimi dniami nie znika z mojego Winampa . Sam się sobie dziwię. Tak czy inaczej, tą płytą nie powinni czuć się zawiedzeni zarówno fani rocka, jak i rapu. A tak swoją drogą ciekawe, czy kolejną odsłoną Magister Ninja będzie Doktor Ninja i „Praca doktorska”.

piątek, 5 sierpnia 2011

Do piętnastu razy sztuka?

            Kilka dni temu Wydział Dyscypliny Polskiego Związku Piłki Nożnej strzelił w stopę sobie, kibicom i selekcjonerowi reprezentacji Polski (w piłce nożnej) Franciszkowi Smudzie karząc półroczną dyskwalifikacją najlepszego polskiego obrońcę i najlepszego bocznego defensora Bundesligi, Łukasza Piszczka. Ma to związek z ustawieniem meczu Cracovia – Zagłębie Lubin w sezonie 2005/2006. Piszczek był wówczas piłkarzem Herthy Berlin wypożyczonym do drużyny „pomarańczowych”. W meczu tym nie zagrał, do winy się przyznał, a i tak został ukarany – najpierw przez sąd roczną karą pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy lata (dodatkowo miał zapłacić 50 tysięcy złotych grzywny), teraz swoje trzy grosze dołożył PZPN – pół roku dyskwalifikacji. Oznacza to, że na niespełna rok przed Euro 2012, które odbędzie się na boiskach Polski i Ukrainy, reprezentacja zostaje pozbawiona swojego najmocniejszego ogniwa. Pytanie tylko, czy stać naszą drużynę narodową na taką stratę, bo póki co na prawej obronie jest Piszczek i długo długo nikt. Ale nie o tym…
Dziś w Nyonie odbyło się losowanie ostatniej, czwartej rundy kwalifikacji Ligi Mistrzów i Ligi Europy. Swoją drogą nie pamiętam, kiedy trzy polskie kluby dotarły aż tak daleko w europejskich pucharach. Chyba po prostu za młody jestem, by pamiętać.
Pamiętam za to doskonale ostatni klub, który w Champions League zagrał – był to Widzew Łódź w sezonie… 1996/1997. W grupie spotkał się m.in. z późniejszym triumfatorem rozgrywek, Borussią Dortmund oraz z Atletico Madryt. Wtedy bramki dla łodzian strzelali m.in. Ryszard Czerwiec, Sławomir Majak, a przede wszystkim Marek Citko (pamięta ktoś  go jeszcze?). Zamierzchłe czasy…
W drodze do czwartej rudny eliminacji Wisła pokonała Skonto Ryga i Litex Łowecz – zespoły może nie robiące większego wrażenia na fanach piłki nożnej, ale ci wciąż pamiętają demony Levadii Tallin i kompromitującą porażkę w dwumeczu z półamatorami z Estonii. Mieli więc prawo do obaw. Tym razem wpadki nie było i podopieczni Roberta Maaskanta bez większych problemów przeszli obu rywali. Na drodze do piłkarskiego raju stoi już „tylko” APOEL Nikozja… 
Media odtrąbiły sukces już po losowaniu – że dobre, że lepiej być nie mogło, że rywal jest do ogrania, że absolutnie prezentuje poziom zbliżony do Wisły. Owszem, mogło być gorzej, ale Cypryjczycy również kelnerami nie są i na boisku się nie położą. Im tak samo jak Wiśle będzie zależeć na występie w fazie grupowej elitarnej Ligi Mistrzów. Oczywiście, jeśli piłkarze z Krakowa nie uwierzą mediom, że rywal jest słaby, to są w stanie wreszcie, po piętnastu latach przerwy, być pierwszym polskim zespołem, który wleje choć trochę radości w serca (prawdziwych) polskich kibiców. Co jak co, ale na sukcesach polskich drużyn w europejskich pucharach powinno zależeć całej piłkarskiej Polsce.
Swoich rywali w czwartej rundzie eliminacji Ligi Europy poznały także Legia Warszawa i Śląsk Wrocław. Podopieczni Macieja Skorży zmierzą się ze Spartakiem Moskwa, natomiast piłkarze Oresta Lenczyka pojadą do Bukaresztu, na mecz z Rapidem. Paradoksalnie obie te drużyny maja rywali trudniejszych aniżeli Wisła w walce o Champions League.
Sukcesem będzie, jeśli dwie z trzech drużyn zobaczymy w fazie grupowej europejskich rozgrywek.

środa, 3 sierpnia 2011

Dwa miesiące zabawności

                A jednak znów o polityce. Jutro miłościwie nam panujący prezydent Bronisław Komorowski ma ogłosić termin wyborów parlamentarnych. Co z tego, że zrobił to już w lipcu – oficjalnie ma ogłosić jutro. A ponieważ Trybunał Konstytucyjny uznał za niezgodny z Konstytucją wniosek Platformy o zakazie prowadzenia kampanii „spotowej” i „billboardowej” (medialnej), możemy się w najbliższych dniach, a w zasadzie w najbliższych dwóch miesiącach spodziewać tyleż ostrej, co zapewne wesołej i zabawnej kampanii wyborczej. A skoro już o wesołości i zabawności mowa  - może warto w przededniu oficjalnego rozpoczęcia wyścigu po stołki przypomnieć pewne sytuacje, których byliśmy świadkami w ostatnich latach. Ponieważ jednak lenistwo to moje drugie imię to oprę swój wywód na pracy magisterskiej… swojej, żeby nie było. P.S. Palikot i Lepper są już nudni i „zgrani”, więc ich pominę.
                Onegdaj (takie „gupie” słowo, a zatem idealnie pasujące do sytuacji) w kaplicy sejmowej odbyła się jedna z najważniejszych mszy po roku 1989. Był lipiec 2006 roku. Intencją zamówionej przez rządzące wówczas Prawo i Sprawiedliwość mszy było to, aby… spadł deszcz („mamy prawo do deszczu, czekamy na sprawiedliwość”). Susza była, to prawda, ale żeby od razu Boga w to mieszać? Inna sprawa, że wysłuchał On tej intencji i prośbę spełnił… pięć lat później. I to z nawiązką.
                We wspomnianym rządzie była też pewna kobieta, Rzecznikiem Praw Dziecka ją nazywali. Ewa Sowińska, bo o niej mowa, tak bardzo przejęła się czerwoną torebką teletubisia płci męskiej, że poddała w wątpliwość jego (jedyną słuszną) orientację seksualną. Pech chciał, że uczyniła to na łamach prasy, konkretnie „Wprostu”. Jeszcze większy pech chciał, że wścibscy amerykańscy dziennikarze „The Washington post” wyhaczyli tę wypowiedź i nagrodzili naszą rodzimą osobowość nagrodą – trzecim miejscem w konkursie na „Idiotę Roku 2007”. Ale to chyba nie jest powód do dumy, ani dla nas, ani dla Pani Rzecznik. Chociaż kto wie.
                Był wtedy jeszcze pewien polityk, który już politykiem być przestał. A szkoda, bo wesoło było. Mowa o Romanie Giertychu, swego czasu ministrze edukacji narodowej, który sam w edukacji (żeby nie powiedzieć w ewolucji) miał braki. Najpierw w 2006 roku postanowił przepracowanej młodzieży maturalnej zrekompensować trudy nauki poprzez zapewnienie amnestii w razie niepowodzenia, potem chciał umundurować dzieci, a na końcu wyrzucić z kanonu lektur m.in. Gombrowicza, Herlinga-Grudzińskiego i Witkacego na rzecz ks. Jana Twardowskiego, papieża Jana Pawła II i… nie wiedzieć czemu, wszak kapłanem nie był, Tolkiena. Roman miał w swej partii, Lidze Polskich Rodzin, kolegę, Wojciecha Wierzejskiego. Ale o homofobach nawet nie ma sensu się rozpisywać.
                7 października 2006 roku odbyło się kolejne wiekopomne wydarzenie – politycy zafundowali obywatelom trzy spektakle jednocześnie. Tego dnia Warszawa została zalana falą manifestacji, a raczej wieców poparcia trzech partii – PO, LPR i PiS-u. Ugrupowanie Donalda Tuska zorganizowało „Błękitny marsz” przeciwko rządom PiS, PiS maszerował w ramach autopromocji, a LPR wspólnie z Radiem Maryja przeszły ulicami stolicy pod hasłem „Marszu dla Życia”. Cokolwiek by na sztandarach nie było napisane, to chodziło o jedno – pokazanie, kto zgromadzi największą rzeszę ludzi.  Gdyby rozdawano medale to złoto przypadłoby PO (11 tys.), srebro PiS-owi (8 tys.), a LPR-owi brąz (2 tys.). Ale tak naprawdę wszystkie marsze zakończyły się porażką organizatorów, gdyż spodziewano się dwukrotnie większej liczby uczestników. I mniej więcej takie proporcje zachowały się do wyborów parlamentarnych, które odbyły się dwa tygodnie po manifestacjach.
                Za dwa tygodnie kolejne wybory i być może kolejne manifestacje. Jedno jest pewne – przez najbliższe dwa tygodnie politycy będą sympatyczni jak nigdy (lub jak zwykle przed wyborami), a potem, gdy już zajmą swoje miejsce przy korycie, wrócą do formy.

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

To wina Tuska, że...

Długo się zbierałem, aby założyć tego bloga. Wszystko przez to, że pojawiały się różne koncepcje, ale żadna z nich nie wydawała mi się na tyle dobra, by wcielić ją w życie. Myślałem o blogu filmowym, sportowym, muzycznym, krótko mówiąc – tematycznym. Chciałem w ten sposób uniknąć „śmietnika”. Ale w końcu pomyślałem, że wystarczy podzielić teksty na kategorie, by jakoś uporządkować ten zbiór chaotycznych tekstów. Taka oczywista oczywistość. Będzie więc głównie o filmie, ale także o muzyce, sporcie i polityce. I od tego ostatniego tematu rozpocznę. Zatem do „dzieła”. 
Chciałem, by pierwszy tekst był lekki, łatwy i przyjemny. Ale ponieważ właśnie ukazał się raport komisji Jerzego Millera dotyczący przyczyn smoleńskiej katastrofy prezydenckiego Tupolewa, nie mogę nie skomentować komentarzy, które pojawiały się po jego upublicznieniu. A tak właściwie opinii jednej frakcji, gdyż te ze strony SLD, PSL i PO są po prostu nudne – wszystkie te partie raport uznały za rzetelny i wyczerpujący. A Prawo i Sprawiedliwość?
Farsa – to najczęściej wypowiadane słowo przez członków największej opozycyjnej partii w kontekście tego dokumentu. A rzeczona farsa ma polegać na tym, że w raporcie ani razu nie pada sformułowanie: To wina Tuska. Gwiazdy PiS-u, Antoni Macierewicz i Adam Hofman, już zapowiedziały, że nie chcą nawet tego raportu raportem nazywać i że oni pokażą, jak prawdziwy raport powinien wyglądać. Mają zamiar powołać własną komisję, która stworzy ów „prawdziwy” dokument. Przewodniczącym komisji powinien być ich zdaniem, a jakże, Jarosław Kaczyński jako – uwaga – osoba bezstronna i niebędąca sędzią we własnej sprawie (a taką był Tusk). Problem w tym, że ów raport PiS już stworzył i zawarł nie na trzystu stronach, a w trzech słowach: To wina Tuska. Ów roboczy tytuł można oczywiście rozwinąć:

To wina Tuska, że piloci nie byli należycie przeszkoleni.
To wina Tuska, że w jednym samolocie zasiadło tak liczne grono ważnych osobistości.
To wina Tuska, że była mgła.
To wina Tuska, że nieopodal lotniska rosły za wysokie drzewa.
To wina Tuska, że lotnisko w Smoleńsku nie było przygotowane do przyjęcia oficjalnej delegacji.
To wina Tuska, że poleciał do Katynia 7., a nie 10. kwietnia (lub wersja alternatywna – To wina Tuska, że prezydent nie poleciał z nim do Katynia 7., a 10.) I wreszcie…
…to wina Tuska, że nie zginął w tej katastrofie.

Może to tragicznie absurdalna nadinterpretacja, ale jeśli tak, to jedynie w ostatnim punkcie. PiS już wydał osąd i wskazał winnych (obok Tuska także Bogdana Klicha i Tomasza Arabskiego). Namaszczony na potencjalnego przewodniczącego potencjalnej kontrkomisji Kaczyński w żadnym stopniu nie jest osobą bezstronną, ale co gorsze, jest w całą tę sprawę zaangażowany emocjonalnie. I nie tylko z uwagi na śmierć brata, ale także z racji bezinteresownej chęci „dokopania” Tuskowi. 
Cóż, jeśli ta komisja powstanie i stworzy swój raport może być równie śmiesznie, jak w przypadku marcowego PiS-owskiego „Raportu o stanie Rzeczypospolitej”. Choć dla mnie był to bardziej raport o stanie psychicznym jego twórców…  I po tym nie będę spodziewał się niczego innego.