Szukaj na tym blogu

piątek, 23 grudnia 2011

Świąteczne życzeNIE


Świat idzie... biegnie do przodu. A wraz z nim biegną ludzie. I tak świątecznie zabiegani bezmyślnie kopiujemy internetowe wierszyki bożonarodzeniowe, które rzekomo mają zastąpić tradycyjne życzenia. Bo to takie oryginalne. Bo to takie... irytujące?

Wyobraź sobie sytuację, kiedy podchodzi do Ciebie znajomy, spogląda Ci w oczy
i zaczyna recytować:

Białe wąsy, biała broda
Tylko śniegu nie ma - szkoda
Iskry sypią się z pod sań
Po asfalcie pędzi drań
Spieszył się bo pusto w worku,
ale teraz stoi w korku
(pisownia oryginalna)

Padasz ze śmiechu. Nigdy wcześniej nie dostałaś/dostałeś tak idiotycznych życzeń. Przynajmniej nie na żywo. Co innego sms-em. Ale przecież przed telefonem głupio padać. Nawet ze śmiechu. A delikwent, który wysłał Ci ten wierszyk, ma poczucie, że zrobił przecudowny uczynek. Nie omieszkał przy tym włączyć funkcji „wyślij do wszystkich”.
I w ten oto magiczny sposób 100 (liczba przykładowa) osób otrzymało od niego wierszyko-życzenia. Co z tego, że takie same? I tak wszyscy, wydaje się, są szczęśliwi. Do czasu...
…kiedy przyjdzie do Ciebie kolejny sms. A w nim taki sam wierszyk jaki już dostałaś/dostałeś. A może to przypadek? Jednakowe myśli mieli? I wtedy trzecia wiadomość. Całkiem przypadkowo identyczna jak dwie poprzednie. I wtedy krew Cię zalewa...
Przykro to stwierdzić, ale tak właśnie wygląda nasza świąteczna rzeczywistość. Jesteśmy zabiegani i nawet w święta nie potrafimy się zatrzymać, żeby złożyć szczere życzenia znajomym, bliskim, którzy z jakiś względów Wigilię spędzają w innym miejscu. Paradoksalnie przepisanie wierszyka zajmuje więcej czasu niż napisanie pozornie głupiego, acz bardziej szczerego, prostego „Wesołych Świąt”. A może to z lenistwa? Nie musimy myśleć, co napisać, tylko bezmyślnie wklepujemy tekst do komórki. Wielu wstydzi się napisać „Wesołych Świąt”, trudzi się na skomplikowane sentencje. Po co? Liczy się pamięć,
a nie piękno zdania. Realna pamięć, a nie „wyślij do wszystkich”. W końcu wszyscy to nikt.
Janusz Panasewicz śpiewa: „W biegu dni traci sens to, co najpiękniejsze jest”. Oczywiście, mógłbym posłużyć się tym cytatem i powiedzieć, że życzę Wam tego, abyście tego sensu nie tracili, ale... powiem po prostu: Wesołych Świąt.

piątek, 11 listopada 2011

Świętowanie made in Łorsoł


            Dziś Święto Niepodległości. Niepodległości, o którą walczyły pokolenia Polaków, za którą przelewano krew i oddawano życie w powstańczych zrywach. Miliony osób poległo, ale między innymi dzięki nim kolejne miliony mogą cieszyć się życiem w wolnej Polsce. Dziś również krew popłynęła, aczkolwiek nie ma tu mowy o szlachetnych, patriotycznych przesłankach. Jedyne co w tych okolicznościach przychodzi na myśl to jakże retoryczne pytanie: what the fuck?
Przykro to stwierdzić, ale nie wszyscy się cieszą, nie dla wszystkich jest to święto – dla niektórych jest to raczej Święto Mordobicia lub – alternatywna nazwa – Święto CHWDP.  A że dzień święty trzeba święcić, to zwolennicy Święta Mordobicia przyłączyli się do zwolenników Święta Niepodległości. Wszak w kupie raźniej. Ci drudzy wpadli na dość karkołomny pomysł – idziemy wyznaczoną trasą. I jak zamierzali tak zrobili. Pierwszym ta wizja nie przypadła jednak do gustu i w akcie buntu postanowili robić sobie postoje, m.in. na Placu Konstytucji. A na postoju jak to na postoju, raczej nudno. Jednak kreatywność świętujących Święto CHWDP nie zna granic – powyrywamy kosze, barierki i porzucamy w policjantów, przy okazji jak przypadkiem wpadnie nam w ręce raca czy petarda to też rzućmy, najlepiej w faceta na niebiesko ubranego bądź w samochód niemieckiej lub nieniemieckiej stacji. Niestety policjanci nie chcieli jakoś się przyłączyć do zabawy i zamiast cieszyć się z manifestującymi brutalnie zgasili (dosłownie – armatkami wodnymi) tych najhuczniej fetujących. Chamstwo i prostactwo, żeby robić zamach na kulturalnie bawiących się ludzi?
Jak się wkrótce okazało, na postoju obowiązywał zakaz fotografowania – niesubordynowanym groziło uderzenie w twarz. No i cóż, takie reguły, kto nie przestrzega tego spotyka kara. Co z tego, że reguły zabawy znała tylko jedna strona.
A teraz serio. Panom w dresach i kapturach (to chyba ze wstydu przed własną twarzą), którzy brali udział w dzisiejszych burdach na ulicach Warszawy, trochę zdewaluowało się pojęcie słowa wolność. Otóż w ich słowniku wolność oznacza możliwość swobodnego wyjścia na ulicę i równie swobodnego przyłożenia w ryj pierwszej napotkanej osobie. A jeszcze jak pierwszą napotkaną osobą nie jest kolega po fachu (w dresie i kapturze), a pan w niebieskiej czapce i mundurze to za punkt honoru uważa się poplamienie ów munduru czerwoną cieczą.
Najbardziej interesujący jest jednak pewien paradoks – w dniu wolności stracić wolność, być może na trzy lata, bo tyle grozi tym, którzy zostali dziś złapani. I mam nadzieję, że tyle dostaną. Wtedy normalni ludzie będą mieli okazję do podwójnego świętowania przez kolejne trzy lata – z powodu odzyskania wolności przez nasz kraj i utraty wolności przez niektórych, wstyd się przyznać, naszych obywateli. Ale mam jeszcze jedną nadzieję – nie przeżyć za rok deja vu… 
Krew mnie zalewa.

sobota, 5 listopada 2011

Nie tędy droga… Ale kto głupiemu wytłumaczy


Zbigniew Ziobro, Tadeusz Cymański i Jacek Kurski zostali wczoraj wykluczeni z szeregów Prawa i Sprawiedliwości. Za co? Otóż złamali oni dyscyplinę partyjną mówiąc o potrzebie zmian w PiS-ie. Gdyby powiedzieli to po cichu, twarzą w twarz prezesowi Jarosławowi, ten pewnie okazałby miłosierdzie i jedynie wystosował stosowną naganę. Ale ponieważ, tak jak europoseł Cymański, ośmielili się te słowa wypowiedzieć m.in. w niemieckich mediach to prezes się zdenerwował. Pistolecikiem co prawda (chyba) nie wymachiwał, ale paluszkiem pogroził.  A i ostatecznie odstrzelił trzech ważnych ludzi w partii, którzy mogli w niedługim czasie dokonać zamachu na przywództwo jedynie słusznego prezesa.
W jednym z wywiadów dla TVN24 Cymański skrytykował wynik wyborczy PiS, mówił wprost, że to porażka, już szósta w kolejnych wyborach. Podkreślił, że szansą na odwrócenie tej tendencji są zmiany, demokratyzacja wewnątrz partii i otwarcie na nowoczesność. Wtórowali mu Ziobro oraz Kurski. Co ciekawe żaden z nich (przynajmniej oficjalnie) nie kwestionował przywódczej roli Jarosława Kaczyńskiego. A ponieważ wszyscy należą do tzw. frakcji „ziobrystów”, stali się dla prezesa niewygodni. Ich wyrzucenie z partii było kwestią czasu, potrzebny był jakiś pretekst, a jak tylko ten się pojawił to zwyczajnie skorzystano z okazji.
Wyrzucenie trójki posłów nie kończy sprawy. Wszyscy zapowiedzieli odwołanie się od decyzji, jednak nie spodziewają się zmiany stanowiska władz partii. Eksperci przewidują, że w takim wypadku Ziobro, Kurski i Cymański są w stanie założyć własną, jeszcze bardziej prawicową partię. Pierwszym testem miałyby być wybory do Europarlamentu w 2014 roku. Ci sami eksperci przewidują – zdając sobie sprawę z faktu, iż największym problemem PiS jest Jarosław Kaczyński, który przynajmniej od 2007 roku prowadzi we wszystkich rankingach na najbardziej nielubianego polityka – że „ziobryści” mogą w nich osiągnąć lepszy wynik od partii – matki.
Tym samym Ziobro, Kurski i Cymański podzielili los m.in. Joanny Kluzik-Rostkowskiej, Elżbiety Jakubiak, Pawła Kowala czy Pawła Poncyliusza. Jak tak dalej pójdzie to w Prawie i Sprawiedliwości wraz z prezesem pozostaną Adam Hofman i Joachim Brudziński, którzy tak głęboko wleźli swemu szefowi w d***, że trudno będzie im się z niej wydostać (ewentualnie problem może mieć prezes, by się ich pozbyć gdy „przyjdzie czas”) oraz Antoni Macierewicz, który stanowi pewnego rodzaju równoważnię – prezes swą fobię wycelował na zachód, Macierewicz na wschód. Klasyczny podział ról.
Nie miałbym nic przeciwko, gdyby PiS się na dobre rozsypał. Ale nie mam też złudzeń – dopóki prezes Jarosław sam nie odejdzie, to nikt go nie wyrzuci. A dopóki nikt go nie wyrzuci, to PiS będzie trwał. A dopóki PiS będzie trwał w takim kształcie i z tym liderem, to na zwycięstwo w wyborach nie ma szans. Czego sobie i Wam życzę.
       

środa, 2 listopada 2011

Cmentarna rewia mody

            Jeszcze rok temu 1. listopada wiele serwisów informacyjnych rozpoczynało się zdaniem: Dziś Święto Zmarłych. Szukałem wówczas potwierdzenia tej nowiny w kalendarzu, ale ten informował jedynie o dniu Wszystkich Świętych. Czerwono na białym, jak na złość o zmarłych ani słowa.
Cóż zatem jest złego w sformułowaniu zastosowanym przez gro prezenterów? Mówiąc najkrócej, a pomijając oczywistą oczywistość, że (o zgrozo!) Święto Zmarłych przypada na 2. listopada, wszystko.
Po pierwsze: święta są tworzone przez żywych dla żywych. Jakoś nie mogę sobie wyobrazić zmarłych, którzy świętują, siadają do stołu, mają wolne od pracy czy od bycia zmarłym, a korzystając z okazji idą odwiedzić grób... swój grób. Po co tworzyć im święto? Wystarczy (abstrahując od tego, że o swoich bliskich zmarłych powinniśmy pamiętać częściej niż raz w roku) Dzień Zmarłych. Bynajmniej nie 1. listopada.
Patrząc z innej perspektywy – nas, żyjących, którzy odwiedzamy groby bliskich zmarłych – wygląda to jeszcze gorzej, bo kto przy zdrowych zmysłach świętuje, że ktoś jemu bliski, już nie żyje?
Po drugie: każdy święty jest zmarłym, ale nie każdy zmarły jest świętym. Polska jest krajem katolickim, za taki uważany i tak postrzegany w świecie, a wielu z nas utożsamia zmarłego ze świętym. Paradoks? Nie, wydaje mi się, że wynika to z tradycji nawiedzania cmentarzy w dniu Wszystkich Świętych. Wtedy mamy wolne, a zatem jest czas, aby w ciszy i skupieniu, nie spiesząc się pójść na groby bliskich. 2. listopada już nie zawsze taka szansa jest. Stąd, zwyczajowo, dzień Wszystkich Świętych nazywamy Dniem Zmarłych. W końcu cmentarz kojarzy się ze zmarłymi, wszystkimi.
I w końcu po trzecie: czy naprawdę mamy tak mało świąt, że podświadomie tworzymy sobie kolejne?
Nie mówię, że to źle, że 1. listopada odwiedzamy groby bliskich zmarłych. Wręcz przeciwnie, chociaż tyle możemy dla nich zrobić. Ale nie mylmy nazw tych dni! Jeśli nie dla samych siebie to z szacunku do świętych i wszystkich zmarłych.
Ale tak było rok temu. W tym było znacznie lepiej – tylko w jednej ze stacji radiowych usłyszałem o Święcie Zmarłych (w gwoli ścisłości – oczywiście nie spędziłem całego dnia słuchając radia ani przed telewizorem). Niemniej postęp był zauważalny. Jednak z roku na rok obserwuję inną tendencję – cmentarz w coraz większym stopniu staje się… wybiegiem dla modelek/modeli. Ja rozumiem, że trzeba dobrze wyglądać, ale żeby paradować po cmentarzu w różowym futrze przy temperaturze 15˚C to już lekkie przegięcie. W ogóle futro było dość często spotykanym odzieniem, we wszystkich kolorach tęczy. Brakowało mi tylko – tak dla kontrastu oczywiście – jakiejś laski w bikini. Żałowałem trochę, że nie wziąłem aparatu, ale ja chyba nie jestem tak postępowy, żeby cykać sobie czy innym sweetfotki na tle grobów, by potem je wrzucić na naszą-klasę lub fejsbuka. Ale że za rok też będzie 1 listopada (bo z tego co wiem koniec świata został przesunięty) to może się zrehabilituję… Może sam zarzucę jakieś futro. I zieloną perukę.   

wtorek, 18 października 2011

Warszawa w budowie. I źle.... I dobrze...

                Na Wiejskiej sezon ogórkowy – nowy (choć bardziej pasuje tu określenie nowo-stary) rząd jeszcze nie powstał, (p)„osłowie” do swych koryt jeszcze nie wrócili, a tu już afera. I to jaka – wagi niebiańskiej. Posłom z Ruchu Palikota przeszkadza krzyż wiszący w sali sejmowej i chcą go ściągnąć. A inni nie chcą. I afera made in Poland gotowa. I w zasadzie nie byłoby sensu tematu rozwijać, gdyby nie pewien szczegół. Otóż w tej całej absurdalnie absurdalnej sprawie jest jeden dość nieoczekiwany pozytyw: we wczorajszym programie Tomasza Lisa poseł Niesiołowski z Platformy Obywatelskiej i eurodeputowany Cymański z Prawa i Sprawiedliwości – [werble] – nie tylko się nie pokłócili, ale wręcz się ze sobą zgadzali!!! I w ten oto sposób Palikot może do CV sobie wpisać, iż udało mu się pogodzić – przynajmniej w jednej sprawie i przynajmniej na około godzinę – dwie (śmiertelnie) zwaśnione strony. Ale to tylko problem zastępczy: o obrońcach krzyża, obrońcach obrońców krzyża i nieobrońcach obrońców krzyża przez ostatnie półtora roku napisano już chyba wszystko (jak widać posłom ciągle mało). Prawdziwy problem leży na ulicy – a właściwie na kilku zamkniętych ulicach…
                Gdyby ktoś nie wiedział, to przypominam: w Warszawie budują drugą linię metra. (Wypada w tym miejscu wyrazić nadzieję, że budowa zakończy się wcześniej niż po 25 latach i że w międzyczasie nie nastąpi zmiana ustroju państwa.) Tak tak, Polska jest w budowie, więc i Warszawy nie pominięto. A kto nie wierzy może się wybrać w okolice Dworca Wileńskiego, by się o tym przekonać. Stojąc w gigantycznych korkach lub w przerwach pomiędzy kolejnymi próbami zmieszczenia się do autobusu/tramwaju będzie miał dużo czasu, by przyjrzeć się postępom prac, porozmawiać z grupą robotników, którzy dziwnie się patrzą na jednego biednego, który akurat w danej chwili nie ma przerwy i pracuje bądź ze współtowarzyszami niedoli….
                A propos towarzyszów niedoli. Wiecie, co zrobić, aby nie zwariować w korkach? Bo pan profesor Zbigniew Nęcki z Krakowa wie, co zrobić stojąc w warszawskich korkach. Odkryciem swym podzielił się ze stołeczną redakcją „Metra”:  Po pierwsze - cierpliwość. To taka stara piękna cecha, o której zapomnieliśmy. Po drugie - planowanie czasu. Sprawdzić w internecie objazdy, wyjść wcześniej z domu. Po trzecie - nie wrzeszczeć na innych, nie denerwować się. Ludzie w innych samochodach, w autobusie to nie rywale w drodze do pracy, ale współbracia w kłopotach i cierpieniu. Bądźmy dla nich życzliwi. Ewentualnie można znaleźć wspólnego wroga - urzędników. Za to, że przygotowali za mało objazdów, mostów, autobusów. I od razu zrobi się na duszy lżej. Po czwarte - rozwijajmy ducha i intelekt. Bierzmy do autobusu, tramwaju, pociągu gazety, książki oraz płyty z muzyką. Odkrywcze bzdury, prawda?
                Istnieje podejrzenie, iż profesor przemieszcza się helikopterem i nie miewa problemów z korkami oraz – jak to określił – ze współbraćmi w kłopotach i cierpieniu. Cierpliwość? Ok, ale wystarczy jeden mniej cierpliwy, żeby wyprowadzić z równowagi tych bardziej cierpliwych. Planowanie czasu? Dość abstrakcyjne pojęcie. Wystarczy oszacować liczbę samochodów na drodze, obliczyć częstotliwość kursowania autobusów i tramwajów, przewidzieć nieprzewidywalne sytuacje, np. wypadki, potencjalnych samobójców, którym akurat w czasie porannego szczytu znudzi się życie, zepsute samochody oraz oszacować liczbę osób, które pomyślą tak jak my i wybiorą, jak na złość, ten sam objazd co my. Łatwizna. Nie wrzeszczeć? Patrz punkt „cierpliwość”. Książki, gazety, muzyka? A to są jeszcze ludzie, którzy jadąc komunikacją miejską, zwiedzają? Osobiście nie znam.
                W całej tej sprawie również jest dobra wiadomość: remont potrwa zaledwie… 2 lata. Chyba że zima będzie za długa, robotnicy natrafią na niewybuch lub zaginione miasto z czasów Piastów, przetarg okaże się sfałszowany lub robotnicy zastrajkują. Jak śpiewała Anita Lipnicka, wszystko się może zdarzyć.
                Jest jeszcze druga strona medalu. Chcemy mieć nowe drogi, stare naprawione, ale nie chcemy mieć w czasie remontów i modernizacji żadnych utrudnień. Myślenie na zasadzie – zrzućmy drogę z powietrza na pustynię. To jest trochę tak, jak w minionej kampanii wyborczej: PO za swój sukces uznało fakt, że Polska jest w budowie, podczas gdy PiS zarzucał rządowi, że… Polska jest w budowie. Buduje się – źle, nie buduje się – źle. Taka to już nasza mentalność. Inna sprawa, że wszystkim nie da się dogodzić.

wtorek, 4 października 2011

Jarosław Kaczyński na żywo

I przyszedł wczoraj prezes Jarosław do redaktora Lisa. Bynajmniej nie przyszedł sam. Przyprowadził ze sobą liczną grupę swoich zwolenników, żeby nie powiedzieć… Ale o tym później.
Tomasz Lis pytał prezesa Jarosława m.in. o gospodarkę, przyszłą koalicję po ewentualnej, o zgrozo!, wygranej w niedzielnych wyborach parlamentarnych,  ministerialne nominacje, panią kanclerz Angelę Merkel. A prezes Jarosław z uśmiechem odpowiadał na pytania. No, prawie z uśmiechem. Uśmiech ten stawał się bardziej wyraźny i aż nadto widoczny w sytuacjach, kiedy prezes Jarosław starał się dokopać redaktorowi Lisowi. Dodatkowo pojawiało się wówczas swoiste sprzężenie zwrotne pomiędzy prezesem a świtą prezesa: – im większy „dokop” tym szerszy uśmiech prezesa i tym głośniejsze oklaski i śmiechy przyprowadzonych klakierów. I tak prezes parokrotnie wytknął redaktorowi Lisowi nieprzygotowanie do programu (często słusznie, gdyż dziennikarz nie do końca odrobił lekcję i nie przygotował się do zajęć należycie) oraz zarzucił nieumiejętność czytania po polsku.
Z drugiej strony, oby jak najdłużej miłościwie nam niepanujący Jarosław Kaczyński pokazał swoją dawną twarz:  niewygodne tematy pomijał, ośmieszał lub odpowiadał na zadawane pytania agresywnym tonem personalnie atakując przy tym gospodarza programu. Starał się wyprowadzić Tomasza Lisa z równowagi i to mu się parokrotnie udało (wówczas triumfował wraz ze swoją wierną świtą). Trzeba jednak jasno stwierdzić: Lis nie pozostawał dłużny i równie agresywnie formułował swoje pytania. Efekt był taki, że studio telewizyjne zamieniło się na niespełna godzinę w ring, na którym polityk z dziennikarzem wzajemnie się okładali. Wynik? Chyba jednak remis. Kaczyński wytykał Lisowi niekompetencję i służalczą postawę wobec Platformy Obywatelskie, Lis natomiast wypomniał prezesowi m.in. brak zdolności koalicyjnej PiS-u (wszystkim partiom już odpowiednio nawrzucano) oraz propozycję objęcia jednego z ministerstw przez Antoniego Macierewicza.
Tak czy inaczej, wczorajszy program „Tomasz Lis na żywo” był jednym z bardziej zaskakujących w ostatnim czasie. Nie chodzi tu tym razem o prezesa, bo ten zachowywał się normalnie, po swojemu, jak gbur, ale o postawę samego prowadzącego: był kiepsko przygotowany do programu (np. uparcie wmawiał Kaczyńskiemu, że kandydatka PiS w wyborach parlamentarnych Ilona Klejnowska startuje z list w Bydgoszczy, a nie w Płocku, jak w istocie jest) oraz dał się wyprowadzić z równowagi, co powodowało m.in.  brak skupienia (nie dosłyszał m.in., że Kaczyński powiedział „redaktorze”, a nie „doktorze” jak zrozumiał Lis). Niemniej, wydaje się, udało mu się pokazać, że Jarosław Kaczyński pozostał tym samym człowiekiem, jakim był za czasów rządów PiS, oziębił nieco ocieplony wizerunek prezesa. Zresztą, dziś ten ocieplony wizerunek jest już nic nieznaczącym, pustym sloganem…
Zapytany przez dziennikarza TVN, Jakuba Sobieniowskiego, o Andreę Merkel prezes odparł: A Pan jest polskim czy niemieckim dziennikarzem?. Pomijając fakt, że nie wypada odpowiadać pytaniem na pytanie to… Ja chyba nie chciałbym żyć w kraju, gdzie przymiotniki „niemiecki” czy „rosyjski” stają się synonimami najgorszych epitetów, gdzie premier cierpi na fobie niemiecką, prawdopodobny minister Antoni Macierewicz rosyjską, a rzecznik partii rządzącej kumuluje w sobie wszystkie fobie wszystkich prominentnych polityków swojej partii. A wybory już za pięć dni…
Nawet jeśli wygra PiS (odpukać) to istnieje dość realna szansa kolejnych przedterminowych wyborów. Ja jakoś nie wierzę panu prezesowi, który twierdzi, że PiS jest w stanie samodzielnie rządzić. A jeśli niesamodzielnie to z kim jest w stanie? Inaczej: kto jest w stanie rządzić razem z PiS-em, który nie jest zdolny do jakichkolwiek ustępstw w kwestiach programowych? Trzeciego bliźniaka jakoś nie widać…

wtorek, 30 sierpnia 2011

Debaty będą, ale…


Wygląda na to, że saga pt. „debata o debatach” dobiegła końca. Cztery partie dogadały się w sprawie formuły ich przeprowadzenia, jedno ugrupowanie odmówiło wzięcia w nich udziału. Które? Oczywiście PiS. Przewodniczący sztabu wyborczego Prawa i Sprawiedliwości Tomasz Poręba opuścił wczorajsze spotkanie po 20 minutach. Zdążył w tym czasie jeszcze raz przedstawić żądania swojej partii, tzn. debaty mają się odbyć w Centrum Programowym PiS przy Nowogrodzkiej tylko z udziałem koalicji rządzącej. Nie widząc aprobaty ze strony przybyłych tupnął nogą, odwrócił się na pięcie i wielce urażony wyszedł.
Dziwne, ale nie słyszałem jeszcze komentarza ze strony Kaczyńskiego, Hofmana lub Macierewicza. Prawdopodobnie w ciągu kilku godzin te opinie się pojawią, ale nie sądzę, aby brzmiały inaczej jak:
Kaczyński: To wina Tuska.
Hofman. To wina Tuska. No jeżeli oni nie chcą z nami rozmawiać, to widocznie się czegoś boją. A poza tym sam fakt, że unikają debaty z nami świadczy o tym, że ten rząd się do niczego nie nadaje.
Macierewicz: To przez ruskich. A skoro Tusk się ruskim nie stawia, to i przez niego też.
                Tak czy inaczej, marginalizowany przez wszystkie pozostałe partie PiS debatować nie zamierza. A co ustaliła pozostała czwórka? Debaty mają odbywać się w każdy piątek aż do wyborów 9 października, prawdopodobnie o godzinie dwudziestej. Począwszy od najbliższego piątku, kiedy to tematem będzie służba zdrowia, przedstawiciele SLD, PO, PJN i PSL będą kolejno dyskutować o infrastrukturze i polityce regionalnej, gospodarce i stanie finansów publicznych, polityce zagranicznej oraz o rolnictwie i sprawach wsi. Mają to być debaty eksperckie. W ostatniej, tuż przed wyborami, mają się spotkać liderzy wszystkich partii. Kaczyński i jego świta debaty będą oglądać przed telewizorem, w kapciach, zapewne żarliwie je komentując następnego dnia za pośrednictwem mediów.
                Pytanie tylko, co wniosą te debaty? Z założenia mają one przybliżyć społeczeństwu programy partii. Ale PO już zapowiedziało, że za ich sprawą ma zamiar rozliczyć czteroletni okres rządów koalicji z PSL, czyli „same sukcesy”, PSL będzie odgrywać rolę mniejszego brata PO, PJN to dla mnie jakiś dziwaczny twór, ludzie, którzy chcieli pokazać swoją niezależność od Jarosława Kaczyńskiego, nawet nie wiem czy mają jakiś program, a SLD… paradoksalnie to właśnie SLD ma najwięcej do wygrania. Jedyna lewicowa partia ma okazję pokazać, że ma pomysł na rządzenie i jest realną alternatywą dla obu prawicowych partii. W końcu gdzie dwóch się bije…  
                Po raz kolejny okazało się, że PiS strzela sobie w stopę, a rykoszetem w kolano. Eliminując się z debat (chociaż oni będą twierdzili, że to z nimi nikt nie chce gadać) pokazują swoją słabość i obawę przed dyskusją. Ale… na niedzielę zaprosili, oczywiście do swego Centrum Programowego, ministra rolnictwa, Marka Sawickiego. I jak ten nie przyjdzie, a zapowiedział już, że nie ma najmniejszego zamiaru przyjść, znów się obrażą i będą trąbili, że to ministrowie rządu Tuska boją się dyskutować z największa opozycyjną partią. I tak w kółko… Ale mnie to osobiście nie martwi, bardziej bym się przejmował, gdyby jakimś cudem PiS w debatach wziął udział i „ciemny lud kupił” te ich wizje. A tak to PiS sam się skreślił.