Cóż zatem jest złego w sformułowaniu zastosowanym przez gro prezenterów? Mówiąc najkrócej, a pomijając oczywistą oczywistość, że (o zgrozo!) Święto Zmarłych przypada na 2. listopada, wszystko.
Po pierwsze: święta są tworzone przez żywych dla żywych. Jakoś nie mogę sobie wyobrazić zmarłych, którzy świętują, siadają do stołu, mają wolne od pracy czy od bycia zmarłym, a korzystając z okazji idą odwiedzić grób... swój grób. Po co tworzyć im święto? Wystarczy (abstrahując od tego, że o swoich bliskich zmarłych powinniśmy pamiętać częściej niż raz w roku) Dzień Zmarłych. Bynajmniej nie 1. listopada.
Patrząc z innej perspektywy – nas, żyjących, którzy odwiedzamy groby bliskich zmarłych – wygląda to jeszcze gorzej, bo kto przy zdrowych zmysłach świętuje, że ktoś jemu bliski, już nie żyje?
Po drugie: każdy święty jest zmarłym, ale nie każdy zmarły jest świętym. Polska jest krajem katolickim, za taki uważany i tak postrzegany w świecie, a wielu z nas utożsamia zmarłego ze świętym. Paradoks? Nie, wydaje mi się, że wynika to z tradycji nawiedzania cmentarzy w dniu Wszystkich Świętych. Wtedy mamy wolne, a zatem jest czas, aby w ciszy i skupieniu, nie spiesząc się pójść na groby bliskich. 2. listopada już nie zawsze taka szansa jest. Stąd, zwyczajowo, dzień Wszystkich Świętych nazywamy Dniem Zmarłych. W końcu cmentarz kojarzy się ze zmarłymi, wszystkimi.
I w końcu po trzecie: czy naprawdę mamy tak mało świąt, że podświadomie tworzymy sobie kolejne?
Nie mówię, że to źle, że 1. listopada odwiedzamy groby bliskich zmarłych. Wręcz przeciwnie, chociaż tyle możemy dla nich zrobić. Ale nie mylmy nazw tych dni! Jeśli nie dla samych siebie to z szacunku do świętych i wszystkich zmarłych.
Ale tak było rok temu. W tym było znacznie lepiej – tylko w jednej ze stacji radiowych usłyszałem o Święcie Zmarłych (w gwoli ścisłości – oczywiście nie spędziłem całego dnia słuchając radia ani przed telewizorem). Niemniej postęp był zauważalny. Jednak z roku na rok obserwuję inną tendencję – cmentarz w coraz większym stopniu staje się… wybiegiem dla modelek/modeli. Ja rozumiem, że trzeba dobrze wyglądać, ale żeby paradować po cmentarzu w różowym futrze przy temperaturze 15˚C to już lekkie przegięcie. W ogóle futro było dość często spotykanym odzieniem, we wszystkich kolorach tęczy. Brakowało mi tylko – tak dla kontrastu oczywiście – jakiejś laski w bikini. Żałowałem trochę, że nie wziąłem aparatu, ale ja chyba nie jestem tak postępowy, żeby cykać sobie czy innym sweetfotki na tle grobów, by potem je wrzucić na naszą-klasę lub fejsbuka. Ale że za rok też będzie 1 listopada (bo z tego co wiem koniec świata został przesunięty) to może się zrehabilituję… Może sam zarzucę jakieś futro. I zieloną perukę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz