I przyszedł wczoraj prezes Jarosław do redaktora Lisa. Bynajmniej nie przyszedł sam. Przyprowadził ze sobą liczną grupę swoich zwolenników, żeby nie powiedzieć… Ale o tym później.
Tomasz Lis pytał prezesa Jarosława m.in. o gospodarkę, przyszłą koalicję po ewentualnej, o zgrozo!, wygranej w niedzielnych wyborach parlamentarnych, ministerialne nominacje, panią kanclerz Angelę Merkel. A prezes Jarosław z uśmiechem odpowiadał na pytania. No, prawie z uśmiechem. Uśmiech ten stawał się bardziej wyraźny i aż nadto widoczny w sytuacjach, kiedy prezes Jarosław starał się dokopać redaktorowi Lisowi. Dodatkowo pojawiało się wówczas swoiste sprzężenie zwrotne pomiędzy prezesem a świtą prezesa: – im większy „dokop” tym szerszy uśmiech prezesa i tym głośniejsze oklaski i śmiechy przyprowadzonych klakierów. I tak prezes parokrotnie wytknął redaktorowi Lisowi nieprzygotowanie do programu (często słusznie, gdyż dziennikarz nie do końca odrobił lekcję i nie przygotował się do zajęć należycie) oraz zarzucił nieumiejętność czytania po polsku.
Z drugiej strony, oby jak najdłużej miłościwie nam niepanujący Jarosław Kaczyński pokazał swoją dawną twarz: niewygodne tematy pomijał, ośmieszał lub odpowiadał na zadawane pytania agresywnym tonem personalnie atakując przy tym gospodarza programu. Starał się wyprowadzić Tomasza Lisa z równowagi i to mu się parokrotnie udało (wówczas triumfował wraz ze swoją wierną świtą). Trzeba jednak jasno stwierdzić: Lis nie pozostawał dłużny i równie agresywnie formułował swoje pytania. Efekt był taki, że studio telewizyjne zamieniło się na niespełna godzinę w ring, na którym polityk z dziennikarzem wzajemnie się okładali. Wynik? Chyba jednak remis. Kaczyński wytykał Lisowi niekompetencję i służalczą postawę wobec Platformy Obywatelskie, Lis natomiast wypomniał prezesowi m.in. brak zdolności koalicyjnej PiS-u (wszystkim partiom już odpowiednio nawrzucano) oraz propozycję objęcia jednego z ministerstw przez Antoniego Macierewicza.
Tak czy inaczej, wczorajszy program „Tomasz Lis na żywo” był jednym z bardziej zaskakujących w ostatnim czasie. Nie chodzi tu tym razem o prezesa, bo ten zachowywał się normalnie, po swojemu, jak gbur, ale o postawę samego prowadzącego: był kiepsko przygotowany do programu (np. uparcie wmawiał Kaczyńskiemu, że kandydatka PiS w wyborach parlamentarnych Ilona Klejnowska startuje z list w Bydgoszczy, a nie w Płocku, jak w istocie jest) oraz dał się wyprowadzić z równowagi, co powodowało m.in. brak skupienia (nie dosłyszał m.in., że Kaczyński powiedział „redaktorze”, a nie „doktorze” jak zrozumiał Lis). Niemniej, wydaje się, udało mu się pokazać, że Jarosław Kaczyński pozostał tym samym człowiekiem, jakim był za czasów rządów PiS, oziębił nieco ocieplony wizerunek prezesa. Zresztą, dziś ten ocieplony wizerunek jest już nic nieznaczącym, pustym sloganem…
Zapytany przez dziennikarza TVN, Jakuba Sobieniowskiego, o Andreę Merkel prezes odparł: – A Pan jest polskim czy niemieckim dziennikarzem?. Pomijając fakt, że nie wypada odpowiadać pytaniem na pytanie to… Ja chyba nie chciałbym żyć w kraju, gdzie przymiotniki „niemiecki” czy „rosyjski” stają się synonimami najgorszych epitetów, gdzie premier cierpi na fobie niemiecką, prawdopodobny minister Antoni Macierewicz rosyjską, a rzecznik partii rządzącej kumuluje w sobie wszystkie fobie wszystkich prominentnych polityków swojej partii. A wybory już za pięć dni…
Nawet jeśli wygra PiS (odpukać) to istnieje dość realna szansa kolejnych przedterminowych wyborów. Ja jakoś nie wierzę panu prezesowi, który twierdzi, że PiS jest w stanie samodzielnie rządzić. A jeśli niesamodzielnie to z kim jest w stanie? Inaczej: kto jest w stanie rządzić razem z PiS-em, który nie jest zdolny do jakichkolwiek ustępstw w kwestiach programowych? Trzeciego bliźniaka jakoś nie widać…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz