Szukaj na tym blogu

piątek, 15 listopada 2013

Warsaw Whore(s)


Zachęcony komentarzem koleżanki (że zacytuję: „Właśnie obejrzałam Ekipę z Warszawy. Teraz chyba muszę się oślepić…”), obejrzałem i ja. Szczęście miałem, powtórka leciała.  No i nie wiem, chwalić się? Szczycić się tym? Zapaść się pod ziemię? Telewizor wystawić przez balkon? Śmiać się? Płakać? Zupełnie ambiwalentne odczucia, ale niemal przez cały kwadrans (tyle łącznie wytrzymałem) na moim licu objawiał się grymas oznaczający mniej więcej „what the fuck”? Albo nawet „what the fuckers”.

Zaznaczę na wstępie, bo zaraz ktoś mi zarzuci, że: „Jak możesz się wypowiadać o programie, którego obejrzałeś 15 minut”? A no mogę. Uwierzcie, to o całe 14 za dużo. 
  
Kontynuując. No właśnie. O co chodzi? Szczerze? Nie wiem. I nawet dobrze mi z tym. Ośmioro uczestników, seks, dom, seks, pogawędki, seks, wódka, impreza, seks, alkohol, seks, basen, seks, bluzgi, seks. A, i jeszcze seks. To wszystko w godzinnym programie, który w moim przypadku stał się audycją kwadransową.

Uczestnicy. Czterech facetów przypominających facetów i cztery dziewczyny przypominające dziewczyny. Jedna osoba z Tuliszkowa (woj. wielkopolskie), druga ze Zgierza (woj. łódzkie), trzecia ze Żmigrodu (woj. dolnośląskie), czwarta z Poznania (tego Poznania) itd. Warsaw? Taa… Fajnie, że moje miasto kojarzone teraz będzie jako wylęgarnia kretynów.  
Wracając do cytatu z lidu. Otóż samo oślepienie nic nie da, jeszcze by trzeba ogłuchnąć. A nawet bardziej ogłuchnąć niż stracić wzrok. Czemu? Kilka błyskotliwych powiedzonek z uczestników (bezimiennie, bo: 1. Nie wiem jak się oni nazywają; 2. Sami sobie narobili obciachu, to po co jeszcze ja mam im dokładać; 3. To nie ma najmniejszego znaczenia). Uwaga uwaga, lejdis end dżentelmen: Gdzie się mieszka i pracuje, tam się chujem nie wojuje, Jestem ostrym dzikiem, każda świnia przy mnie krzyczy (i tu ważna jest reakcja dziewczyn: łaaaaaaaaaaaaaaaaaa hahahahahaha – to zachwyt, nie nabijanie się), Przy jednej dziurze to nawet kot zdechnie, Ja trafiłam do Ekipy z Warszawy, czy do tępych panienek? (odpowiadam: gorzej, do tępych panienek i do tępych facetów; jeszcze gorzej: spójrz w lustro).

No to tyle tytułem wstępu, rozpisałem się. Do rzeczy. Słuchając tych i innych wypowiedzi, oglądając pojedyncze sceny, doszedłem do jednego prostego wniosku: ci faceci myślą penisami, a dziewczyny dupami. No, ewentualnie dupami i paznokciami. Rozumiem, że to taka konwencja, taki format, że to wszystko może i pewnie jest wyreżyserowane, że to komercyjna stacja telewizyjna, że liberalizm i jeszcze wiele innych że, ale na taki program trochę słów brakuje. Nie jestem konserwatystą, a mimo wszystko z każdą upływającą sekundą miałem wrażenie, jakbym żył w trochę innym świecie. Może mniej zabawowym, może nie lepszym, ale po prostu innym. I dobrze mi w moim świecie widząc to, co dzieje się w ichnim.

Oni sami się zgodzili wziąć udział w takim reality show. Czytając opinię po obejrzeniu pierwszego odcinka zastanawiam się, czy po zakończeniu programu wszystkie te osoby będą miały życie, czy nie będą wytykane palcami, nie stracą znajomych w realu i na facebooku J itd. Ale to już jakby nie mój problem, ich to chyba generalnie nie obchodzi.
  
Pierwszy odcinek obejrzało 62 tysiące ludzi. Potem kiedyś muzyczna stacja MTV puściła jeszcze pierdyliardy powtórek, by nieco zwiększyć oglądalność tego jakże zacnego programu. Mało? Dużo? Według mnie o jakieś 70 tysięcy za dużo. Aaale. W Stanach, odpowiednio oczywiście znacznie liczniejszych, pierwszy odcinek pierwowzoru Warsaw Whores… przepraszam, Warsaw Shore, czyli Ekipy z New Jersey, obejrzało blisko 1,5 miliona Amerykanów. Wraz z rozwojem nazwijmy to wydarzeń co tydzień przed telewizorami zasiadało ponad 4 miliony widzów, co jest najlepszym wynikiem w historii MTV! Fenomen? Trochę tak, bo jednak sztuką jest zrobić z czegoś tak głupiego hit. A tu się udało.

Prawdopodobnie nie będę fanem Ekipy z Warszawy. Ale kto wie, może w niedalekiej przyszłości oberwę meteorytem, może zostanie mi przeszczepiony mózg od któregoś z uczestników (a raczej penis z jego czaszki), może stracę resztki rozumu, a może napadnie na mnie mafia i każe oglądać Warsaw Shore pod groźbą obcięcia palców. Może. Chociaż nad tym ostatnim to chyba bym pomyślał, czy to aby nie lepsze. 

Na zakończenie taki apel: nie wszystko, co pochodzi ze Stanów, jest dobre i nie wszystko to warto przeszczepiać na nasz polski grunt. Truizm. Dziękuję.

wtorek, 12 listopada 2013

Dzień (Nie)Podległości '13


Przy okazji ubiegłorocznego Dnia Niepodległości napisałem na zakończenie, że mam nadzieję nie przeżyć deja vu w roku 2013. No i co? Znów okazało się, że nadzieja matką głupich.

Podczas wczorajszego marszu zatrzymano 72 osoby, kilkanaście osób zostało rannych. Miasto wyceniło straty na 120 tysięcy złotych. Do tego dojdą jeszcze straty po stronie rosyjskiej. Ma za to podobno zapłacić organizator, który wypiął się na zadymiarzy, odciął się od nich i pewnie nie zapłaci. Bo niby z jakiej racji. Przecież burdy nie odbyły się na trasie przemarszu, a na ulicach przyległych. 

Ja wiem, że wszystkiemu winna jest policja, toż to oczywista oczywistość. Zawsze, gdy dochodzi do burd, to są one spowodowane obecnością służb mundurowych. Wiadomo. W zeszłym roku policja ochraniała podobny marsz i agresja niektórych zgromadzonych obróciła się właśnie w jej stronę. W tym roku założenie było takie, że organizator zapewnia własną ochronę, więc policja się wycofała. A jak w pobliżu nie było „niebieskich”, to trzeba było znaleźć sobie inny obiekt, któremu można dowalić. No to sobie znaleźli – squaty, tęczę, samochody, drzewka, chodniki, ambasadę itd. Policja wkroczyła i tez oberwała – 12 rannych funkcjonariuszy.

Oczywiście, nie generalizuję. Nie wszyscy, którzy szli w tym marszu, mieli na celu zrobienie zadymy. Ogromna większość szła w spokoju (pomijając obelżywe hasła), ale jak zwykle przy tego typu sytuacjach bywa, nie o nich się mówi, a o tych, którzy postanowili „się pokazać”. Tzn. pokazać swoje kominiarki, bo twarzy się przecież wstydzą.

Polskie obchody Dnia Niepodległości zauważono także w zagranicznych mediach. I co? Próżno tam szukać relacji ze spokojnego, pokojowego, radosnego i iście piknikowego marszu prezydenckiego, a rozpisują się one o wieczornym marszu niepodległości. Piszą m.in.  – Skrajna prawica zostawiła ślad zniszczenia w polskiej stolicy (Reuters), – Marsz Niepodległości przemienił się w brutalne zamieszki (USA Today).

Jeżeli za szczyt patriotyzmu uważane jest spalenie tęczy, która zresztą NIE JEST symbolem „pedalstwa”, a szeroko rozumianej tolerancji i otwartości, jeżeli za szczyt patriotyzmu uważane jest zdewastowanie miasta, jeżeli za szczyt patriotyzmu uważane jest naparzane się na ulicach przy okazji Dnia Niepodległości, i wreszcie, jeżeli za szczyt patriotyzmu uważane jest zdemolowanie terenu Ambasady (w tym przypadku) Rosyjskiej, to komuś się w dupach poprzewracało. Jeżeli dzisiejszy patriotyzm jest synonimem szowinizmu, a jego symbolem jest kominiarka, to ja dziękuję, nie chcę być nazywany patriotą. Wolę po cichu wywieszać flagę przed domem, płacić podatki i szanować swoje miasto i kraj, niż demonstrować to w taki sposób.

środa, 15 maja 2013

Quadem na Komunię

Maj. Miesiąc matur. Kasztany, słońce (czasem śnieg), wszystko kwitnie. Pięknie jest. Niestety, nadmiar słońca też może zaszkodzić. I szkodzi. Bo oprócz matur maj to także miesiąc Komunii Świętych. A jak Komunie, to i prezenty. A jak prezenty, to… rodzicom odbija.

Nieopatrznie włączyłem wczoraj telewizor, co by zobaczyć, co w świecie piszczy. Telewizor kineskopowy, więc za każdym razem obawiam się, że jak go włączę to wybuchnie. Nie wybuchł. Myślę sobie, dobrze jest.  Ale zanim zobaczyłem obraz usłyszałem, nie tyle pisk, co jakiś warkot. Patrzę na tv, no stoi, cały, nie wybuchł. Myślę więc, że Korea Północna wystrzeliła te swoje rakiety, co to podobno je mają. Ale nie, dźwięk jakiś nie taki. To może czołg? Telewizor się włączył i ujrzałem… quada. Quad, czołg, co za różnica. A no jest, bo to prezent, a czołg na prezent średnio się nadaje. Zwłaszcza, że adresatem prezentu miał być… 8-letni chłopiec, który w weekend ma Komunię.
  
Za moich czasów (uprzedzając pytania: nie, aż taki stary nie jestem) dostawało się różaniec, zegarek, w najlepszym wypadku rower. Quadów w zestawie komunijnych prezentów nie widziałem, więc wyboru wielkiego nie miałem. Dzisiejsza lista prezentów prezentuje się niezwykle okazale. Zegarek? Wstyd. Rower? Obciach. Różaniec? Babciu, daj spokój. Listę komunijnych podarunków otwiera elektronika. Tablety, nołtbuki, smartfony to obiekty pożądania współczesnych 8-latków. Albo ich rodziców? Dalej m.in. quady, operacje plastyczne (chłopcy upodobniają się do płci pięknej, a piękna do brzydkiej), skoki spadochronowe, no takie tam proste, niewyszukane prezenty. A potem idzie ojciec do syna i pyta się, czy 8-latek da mu się przejechać quadem…

Prezenty prezentami, ale jest jeszcze wesele. Znaczy, przyjęcie komunijne. A tu imprezy na kilkaset osób, limuzyny, zespoły, didżeje i inne Weekendy. Przypominam, to ciągle Komunia.  Trzysta dań, rewia mody, telewizje, wywiady, celebryty. Nadal Komunia. Torty, fajerwerki, confetti, jachty, Baleary i inne Komory…

Nie, to nie zazdrość z mojej strony. To pytanie typu „wtf?” To po to dziecku Komunia, żeby jego rodzic mógł poszpanować przed rodziną i znajomymi, pochwalić się „co to nie on” i że jego dziecko nie może być gorsze od innych? Ja rozumiem, a przynajmniej staram się zrozumieć, wyścig szczurów w pracy, na studiach, ale wśród 8-latków? Quo vadis świecie, że tak górnolotnie zapytam.

Zakładam oczywiście, że dziecko takie wie przynajmniej, co to Komunia, po co mu to, jaki jest jej sens. Jak nie od rodziców to z lekcji religii. Zakładam też, że niektórzy rodzice są normalni i nie zapisują się do tego wyścigu. Ale sam fakt, że są tacy rodzice i to wcale w niemałej liczbie, jakoś mnie przeraża. I śmieszy.
PS. Za kilka lat, kiedy już ja zostanę ojcem, moje dziecko będzie szło do Komunii, zajrzę tu i update’uje. Napiszę, że mój syn/moja córka dostał/-a w prezencie lot w kosmos, dom pod Warszawą lub Nową Zelandię. No, może niekoniecznie moje, ale podejrzewam, że i takie „wykręty” się znajdą.

środa, 30 stycznia 2013

Niespodzianka:D


Mały test:) Napisałem piosenkę:D, a przynajmniej coś, co ewentualnie piosenką może zostać. Wszak w razie skrajnie nieprzychylnych opinii tekst w każdej chwili mogę usunąć:D To moje pierwsze próby, także proszę o wyrozumiałość. Enjoy. Or not. 

„Kiedy?”


A kiedy stanę nad przepaścią
To mnie popchniesz czy za rękę chwycisz?
A kiedy bezwładnie będę spadać
To skoczysz za mną czy się będziesz przyglądać?
A jeśli razem wylądujemy na dnie
To czy razem też się podniesiemy?
Wiesz dobrze tak jak wiem ja, że
Łatwiej odbić się od dna
Gdy ktoś trafi tam z Tobą.

Ref.
Jeśli kiedyś podstawisz mi nogę
Wiedz, że zrobię Ci to samo.
Ale jeśli kiedyś wbijesz mi nóż w plecy
Wiedz, że ja wbiję Ci włócznię w serce.

Bo kiedy nad przepaścią staniesz Ty
Ja stanę obok i za rękę Cię chwycę.
A kiedy będziesz bezwładnie spadać
Ja będę leciał obok Ciebie.
A kiedy będziesz już na dnie
To nie odczujesz, że zostałaś sama.

Ref.
Jeśli kiedyś podstawisz mi nogę…

Czasem nie radzę sobie z rzeczywistością
I wtedy czekam, aż wyciągniesz do mnie rękę.
Świadomość, że w pobliżu jest pomocna dłoń
Dodaje sił, żeby światu się postawić.

Ref.
Jeśli kiedyś podstawisz mi nogę
Wiedz, że zrobię Ci to samo.
Ale jeśli kiedyś wbijesz mi nóż w plecy
Ja włócznią przebije Ci serce.

niedziela, 27 stycznia 2013

Poselskie "nie" dla związków partnerskich


W czerwcu 2011 roku, a więc jeszcze przed wyborami parlamentarnymi, premier Tusk mówił: – Zbliżamy się do momentu, kiedy związki partnerskie byłyby do zaakceptowania przez większość w przyszłym Sejmie, jak i przez Polaków. Rok później pracownia IQS na zlecenie „Newsweeka” przeprowadziła sondaż, z którego wynikało jednak, że 56 procent badanych nie chce wprowadzenia regulacji ws. związków partnerskich (za było 30 procent). Dwa dni temu „nie” pracom nad tą ustawą powiedzieli także posłowie – trzy ustawy, autorstwa RP, PO i SLD – przepadły. I co z tego, że premier Tusk był „za”, skoro w szeregach partii ma zatwardziałych konserwatystów, na czele z ministrem sprawiedliwości Jarosławem Gowinem? Jego, a także 45 posłów PO, premierowi nie udało się przekonać.

Po głosowaniu w Internecie natychmiast pojawiły się liczne komentarze. Choć się z nimi nie zgadzam, to więcej było tych, które decyzję posłów chwaliły:  I bardzo dobrze, jak komuś nie pasuje to niech spada do USA, tam jest róbta co chceta. (…) W naturze każdy gatunek dąży do prokreacji tak? Żeby uzyskać potomstwo. A homoseksualizm odbiega od normy; Homo WON!!! , Wg mnie dobrze, że ustawa nie przeszła. Homoseksualista też człowiek, jednak uważam homoseksualizm za chorobę; – Ten temat może nie jest teraz najważniejszy, ale dobrze, że choć w tej sprawie posłowie zachowali się godnie. Zresztą, komentarzy z cyklu „nie, bo nie”, „nie, bo pedały” lub „jak się komuś nie podoba to won z kraju” było najwięcej. Racjonalnych argumentów brakowało.

O ile zdanie internautów nie dziwi, to już od polityków należałoby wymagać bardziej wyważonych, mniej absurdalnych argumentów. Tymczasem m.in. poseł Żalek z PO i poseł – rzecznik Hofman z PiS (co ciekawe mówili jednym głosem; może pan poseł Żalek powinien zmienić opcję polityczną? I może mógłby zabrać ze sobą swoich 45 zacofanych kolegów?) podnosili argument o… adopcji dzieci przez pary homoseksualne. Najlepsze jest to, że w żadnym z trzech projektów ustaw takiej możliwości nie zapisano. Ale ponieważ pasuje to do koncepcji obalania kolejnych pomysłów m.in. PO, to warto go wykorzystać. Problem w tym, że to był jedyny argument przeciwników związków partnerskich. Zdanie Hofmana nie dziwi, szkoda, że i w PO trafili się ludzie, którzy chcą tkwić na zadupiu Europy. 

Kiedy z Polsce następowały przemiany ustrojowe, w Danii wprowadzono możliwość zawierania związków partnerskich. Do 2013 roku kwestie zawierania związków partnerskich uregulowano w czternastu krajach Europy. W sześciu istnieje możliwość zawierania małżeństw homoseksualnych. A u nas wszelkie próby kończą się na dyskusjach w Sejmie. Inna sprawa, że – jak wynika ze wspomnianej sondy – Polacy nie dorośli do zaakceptowania związków partnerskich. Często wynika to z faktu, że Polacy przez związek partnerski rozumieją związek homoseksualny. 

W głosowanych w piątek projektach zapisano m.in. prawo do informacji medycznej ws. partnera, prawo do dziedziczenia oraz prawo do zawarcia związku partnerskiego, także osób tej samej płci, przed urzędnikiem Urzędu Stanu bądź notariuszem. Ani słowa o adopcji dzieci, ani słowa o małżeństwach homoseksualnych. A zatem, w porównaniu choćby do przepisów w Hiszpanii, gdzie prawo dopuszcza adopcję dzieci, polskie pomysły i tak były dość konserwatywne.

Żeby była jasność: ja również jestem przeciwko adopcji dzieci przez pary homoseksualne. Bynajmniej nie z powodu, jaki pojawił się w jednym z komentarzy:  [w przypadku takich par] może zachodzić podejrzenie, że ich dzieci będą wykorzystywane seksualnie. [absurd], a dlatego, że polskie społeczeństwo by te dzieci „zjadło”, nie miałyby one życia. Nie jestem również zwolennikiem zawierania małżeństw jednopłciowych w Kościele, ale w kwestiach, które zawarto w tych projektach, jestem jak najbardziej „za”. Na uregulowaniu kwestii związków partnerskich „prawo do normalności” zyskałyby pary homoseksualne, ale także konkubinaty (nienawidzę tego słowa) – pary, które nie chcą bądź nie mogą wziąć ślubu. Póki co takie pary są niejako sprowadzane w naszym kraju do podkategorii człowieka, choć taki homoseksualista czy osoba będąca w konkubinacie jest takim samym obywatelem Polski jak żona, mąż czy heteroseksualny singiel;]. 

Posłowie zamietli sprawę pod dywan. Udają, że homoseksualizmu i konkubinatów w Polsce nie ma, a nawet jeśli są, to niech sobie nie myślą, że są obywatelami równej (w racjonalnych granicach) kategorii z małżeństwami. Szkoda, bo była szansa, by Polska wyszła z europejskiego zadupia i stała się cywilizowanym krajem. A tak, tkwimy w ciemnogrodzie. Inna sprawa, że dopóki nie będzie społecznego przyzwolenia, to żadna ustawa nie sprawi, że homoseksualiści poczują się w tym kraju normalnie.  

niedziela, 6 stycznia 2013

Kowalczyk znów "Najlepszym Sportowcem Roku", ale... nie dla mnie


    Wczoraj rozstrzygnięto 78. Plebiscyt „Przeglądu Sportowego” i Telewizji Polskiej na Najlepszego Sportowca Polski 2012 Roku. Wygrała – po raz czwarty z rzędu – Justyna Kowalczyk. „Królowa Nart” wyprzedziła dwóch złotych medalistów olimpijskich z Londynu – Tomasza Majewskiego i Adriana Zielińskiego. Słusznie? Moim zdaniem nie.
     Rok 2012 obfitował w wielkie imprezy sportowe: w Londynie odbyły się letnie igrzyska olimpijskie, w Polsce i na Ukrainie udało się zorganizować i przeprowadzić Mistrzostwa Europy w piłce nożnej, siatkarze po raz kolejny rywalizowali w Lidze Światowej, a Justyna Kowalczyk i skoczkowie startowali w cyklicznych prestiżowych imprezach – odpowiednio Tour de Ski i Turnieju Czterech Skoczni. To były najważniejsze starty przedstawicieli sportów zimowych w ubiegłym roku.
      W Londynie rewelacji nie było – dziesięć medali, w tym tylko dwa złote. Część niepowodzeń można zrzucić na kark kontuzji, które w trakcie przygotowań przytrafiły się m.in. Annie Rogowskiej i Piotrowi Małachowskiemu oraz pechowi murowanej faworytki do złotego medalu Mai Włoszczowskiej, która na jednym z treningów skręciła kostkę i na igrzyska w ogóle nie pojechała. Inni zawiedli na całej linii – Agnieszka Radwańska przegrała już w pierwszym meczu z Niemką Julią Goerges i przedwcześnie pożegnała się z turniejem, siatkarze, którzy jechali na igrzyska w glorii zwycięzców Ligi Światowej, doszli jedynie do ćwierćfinału, gdzie musieli uznać wyższość Rosjan, liczyliśmy na więcej w kajakarstwie, wioślarstwie i pływaniu. Na szczęście pojawiło się kilka niespodzianek, za jaki należało uznać srebrny medal w strzelectwie Sylwii Bogackiej czy brązowy medal Bartłomieja Bonka w podnoszeniu ciężarów.
      O Euro 2012 krótko, bo i mówić nie za bardzo jest o czym. Mistrzostwa miały być zarówno sukcesem organizacyjnym, jak i sportowym. Skończyło się tylko na tym pierwszym. O wyniku sportowym lepiej nie wspominać.
      Justyna Kowalczyk w ubiegłym sezonie miała dwa, a w zasadzie trzy, cele: po raz trzeci z rzędu wygrać Tour de Ski, zwyciężyć w Szklarskiej Porębie, gdzie po raz pierwszy odbyły się zawodach Pucharu Świata oraz obronić pierwszą lokatę w klasyfikacji generalnej PŚ. Plan został wykonany w dwóch trzecich, nie udało się tylko to ostatnie, gdzie „Polska Królowa Nart” musiała uznać wyższość Norweżki Marit Bjoergen. W drużynie skoczków znaleźliśmy zdecydowanego lidera – w sezonie 2011/2012 Kamil Stoch zajął najlepsze w swojej karierze piąte miejsce w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata, był ósmy w Turnieju Czterech Skoczni, siedmiokrotnie stawał na podium, zwyciężał dwukrotnie. Innych zawodników próżno szukać wśród najlepszych.
     Wracając do wyników Plebiscytu na 10. Najlepszych Sportowców minionego roku. Wyniki wyglądały następująco:

                          1. Justyna Kowalczyk
                    2. Tomasz Majewski
                    3. Adrian Zieliński
                    4. Anita Włodarczyk
                    5. Agnieszka Radwańska
                    6. Bartosz Kurek
                    7. Robert Lewandowski
                    8. Sylwia Bogacka
                    9. Damian Janikowski
                    10. Magdalena Fularczyk/Julia Michalska

Osobiście sporo bym w tych wynikach namieszał. Dla mnie zwycięstwo powinno przypaść Tomaszowi Majewskiemu, który powtórzył wynik z 2008 roku z igrzysk olimpijskich w Pekinie i ponownie sięgnął po złoty medal. Co więcej może zrobić lekkoatleta, by wygrać taki plebiscyt?
      Spotkałem się z zarzutem czy tez uzasadnieniem takiego wyboru, że Justyna Kowalczyk walczy przez pięć miesięcy w PŚ, a Majewski musiał przygotować się tylko na jeden start. To prawda, ale tylko częściowo. Trening do igrzysk nie trwa tydzień czy dwa, a przez całe cztery lata, gdzie w każdym starcie trzeba potwierdzać olimpijską formę, walczyć o minimum. Ponadto, paradoksalnie trudniej jest przygotować najlepszą formę na jeden start niż walczyć w PŚ, gdzie można sobie pozwolić na gorsze zawody, dni słabości, odpuścić. Ta trudność jeszcze wzrasta, gdy trzeba bronić tytułu wywalczonego cztery lata wcześniej. No nie wiem, może gdyby rzucił 30 m to okazałby się Najlepszym Sportowcem A.D. 2012...
      Podobnie rzecz się ma z Adrianem Zielińskim. Co prawda, on nie bronił złota z Pekinu i jechał w roli faworyta do medalu. Mimo to debiutował na zawodach tej rangi i można było mieć pewne wątpliwości. Zieliński potwierdził swoją doskonałą dyspozycję, nie spalił się i (tym także) wygrał. W ogóle, osobiście zdecydowanie przedkładam sukces na igrzyskach olimpijskich nad zwycięstwem w imprezie komercyjnej, jakim jest Tour de Ski. Dlatego w moim prywatnym zestawieniu Justyna dopiero trzecia.
      Ale nie tylko kolejność na podium mnie zaskoczyła. Jeszcze większe kontrowersje pojawiają się na miejscach 5-7. Moim zdaniem cała trojka nie powinna trafić do pierwszej dziesiątki. Jasne, Radwańska zagrała w finale Wimbledonu, Kurek został MVP finału Ligi Światowej, a Lewandowski stał się jedną z najważniejszych postaci mistrza Bundesligi, Borussi Dortmund, napastnikiem, o którego ponoć starają się największe kluby Europy. To wszystko prawda. Tym niemniej Radwańska na igrzyskach nie odegrała żadnej roli (choć turniej toczył się na kortach Wimbledonu), a swoimi wypowiedziami pokazała, że nie dorosła do roli chorążego naszej reprezentacji w Londynie. Kurek i Lewandowski mają trudniej – w sportach drużynowych liczy się gra indywidualna, ale i postawa całego zespołu. Siatkarze przedwcześnie odpadli z igrzysk, podobnie jak kadra Franciszka Smudy z Euro 2012. W ich miejscu widziałbym brązowych medalistów igrzysk olimpijskich – Przemysława Miarczyńskiego, Zofię Noceti-Klepacką i Bartłomieja Bonka.

Moja prywatna 10 Najlepszych Sportowców 2012 Roku:

1.       Tomasz Majewski
2.       Adrian Zieliński
3.       Justyna Kowalczyk
4.       Anita Włodarczyk
5.       Sylwia Bogacka
6.       Magdalena Fularczyk/Julia Michalska
7.       Zofia Noceti-Klepacka
8.       Damian Janikowski
9.       Przemysław Miarczyński
10.   Bartłomiej Bonk

Rankingi „najlepszych” mają to do siebie, że są subiektywne. Lepiej byłoby zmieć ich nazwę, np. „Ulubiony Sportowiec 2012 Roku”. Wtedy, od biedy, mógłbym się zgodzić z wyborem czytelników „Przeglądu Sportowego” i widzów TVP.