Szukaj na tym blogu

poniedziałek, 11 maja 2015

Hasło „Bronkowej” kampanii? Pierdolę, nie robię!



Najsampierw – jak mawiał mój ksiądz proboszcz, który wyprowadzając się z plebanii zostawił w niej tylko ściany (ma więc sporo wspólnego z politykami) – muszę się przyznać: głosowałem na Pawła Kukiza. Dla JOW-ów? Bo przekonywał mnie jego program? Przeciwko PBK? Nic z tych rzeczy. Jasne było, że w drugiej turze i tak będzie Komorowski z Dudą albo Duda z Komorowskim, żeby nikogo nie urazić, i wtedy już wyboru wielkiego mieć nie będę. Z mojej strony to była czerwona kartka dla – pardon – klasy politycznej. Kukiz nie zna się na polityce, na rządzeniu, ale pokazał „fakolca” tym wszystkim Kopaczom, Kaczyńskim i innym oszołomom. I był w tym wszystkim po prostu szczery. Może więc tego – poza niezbędnymi zmianami, niekoniecznie w obszarze ordynacji wyborczej – ludzie oczekują?

Politycy są tak bardzo oderwani od zwykłego obywatela, że i ja postanowiłem nieco od polityków się oderwać, aczkolwiek mój głos oddany był z pełną premedytacją. Kilku kandydatów od razu odrzuciłem – spoko, może nawet fajnie byłoby mieć prezydenta w dresie albo prezydentową w halce z pierwszym waletem – ale chyba nie chodzi o „fajność” w sprawowaniu tego urzędu. Nie ma także większego znaczenia, czy facet jest z PiS, czy z PO, różnią się jedynie stylem uprawiania polityki. Prezydent w tym kraju jest od podpisywania bądź od niepodpisywania tego, co mu pod nos podsuną. I czy się to komuś podoba, czy nie, tak to na tę chwilę wygląda. Obiecywanie czegokolwiek w tych wyborach nie ma większego sensu. 

Bronek szedł do wyborów, po reelekcję z hasłem na ustach: pierdolę, nie robię. Nie za bardzo wiem czy dlatego, żeby nie spieprzyć, czy z lenistwa, czy chciał powiedzieć: przecież i tak wygram. No i obudził się z ręką w nocniku i ma teraz 14 dni, by tę swoją kończynę z gówna wyciągnąć. I może mu się nawet to udać, bo skoro w ciągu kilku miesięcy potrafił zjechać z 60-procentowego poparcia do 30-procentowego to znaczy, że nie ma dla niego rzeczy niemożliwych… 

Jeśli zaś chodzi o Dudę. No sympatyczny z niego fajtłapa, powinni z Komorowskim podać sobie ręce i dwuosobowo sprawować prezydenturę: ciamajda z ciamajdą zawsze się dogada. Niemniej, jeśli ciamajda z tylnego siedzenia sterowany będzie przez swego guru, może być „świata koniec”. 

Endrju pewnie wygra – nie dlatego, że miał zajebistą kampanię, a dlatego, że Bronek nie miał jej wcale. Teraz próbuje się ratować, wypuszcza spoty, że chce przeprowadzić referendum ws. JOW-ów, a wydaje mi się, że właśnie jeszcze bardziej się ośmieszył i pogrążył. Także to pewnie jego ostatnie dwa tygodnie w roli szoguna.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz