Szukaj na tym blogu

wtorek, 18 października 2011

Warszawa w budowie. I źle.... I dobrze...

                Na Wiejskiej sezon ogórkowy – nowy (choć bardziej pasuje tu określenie nowo-stary) rząd jeszcze nie powstał, (p)„osłowie” do swych koryt jeszcze nie wrócili, a tu już afera. I to jaka – wagi niebiańskiej. Posłom z Ruchu Palikota przeszkadza krzyż wiszący w sali sejmowej i chcą go ściągnąć. A inni nie chcą. I afera made in Poland gotowa. I w zasadzie nie byłoby sensu tematu rozwijać, gdyby nie pewien szczegół. Otóż w tej całej absurdalnie absurdalnej sprawie jest jeden dość nieoczekiwany pozytyw: we wczorajszym programie Tomasza Lisa poseł Niesiołowski z Platformy Obywatelskiej i eurodeputowany Cymański z Prawa i Sprawiedliwości – [werble] – nie tylko się nie pokłócili, ale wręcz się ze sobą zgadzali!!! I w ten oto sposób Palikot może do CV sobie wpisać, iż udało mu się pogodzić – przynajmniej w jednej sprawie i przynajmniej na około godzinę – dwie (śmiertelnie) zwaśnione strony. Ale to tylko problem zastępczy: o obrońcach krzyża, obrońcach obrońców krzyża i nieobrońcach obrońców krzyża przez ostatnie półtora roku napisano już chyba wszystko (jak widać posłom ciągle mało). Prawdziwy problem leży na ulicy – a właściwie na kilku zamkniętych ulicach…
                Gdyby ktoś nie wiedział, to przypominam: w Warszawie budują drugą linię metra. (Wypada w tym miejscu wyrazić nadzieję, że budowa zakończy się wcześniej niż po 25 latach i że w międzyczasie nie nastąpi zmiana ustroju państwa.) Tak tak, Polska jest w budowie, więc i Warszawy nie pominięto. A kto nie wierzy może się wybrać w okolice Dworca Wileńskiego, by się o tym przekonać. Stojąc w gigantycznych korkach lub w przerwach pomiędzy kolejnymi próbami zmieszczenia się do autobusu/tramwaju będzie miał dużo czasu, by przyjrzeć się postępom prac, porozmawiać z grupą robotników, którzy dziwnie się patrzą na jednego biednego, który akurat w danej chwili nie ma przerwy i pracuje bądź ze współtowarzyszami niedoli….
                A propos towarzyszów niedoli. Wiecie, co zrobić, aby nie zwariować w korkach? Bo pan profesor Zbigniew Nęcki z Krakowa wie, co zrobić stojąc w warszawskich korkach. Odkryciem swym podzielił się ze stołeczną redakcją „Metra”:  Po pierwsze - cierpliwość. To taka stara piękna cecha, o której zapomnieliśmy. Po drugie - planowanie czasu. Sprawdzić w internecie objazdy, wyjść wcześniej z domu. Po trzecie - nie wrzeszczeć na innych, nie denerwować się. Ludzie w innych samochodach, w autobusie to nie rywale w drodze do pracy, ale współbracia w kłopotach i cierpieniu. Bądźmy dla nich życzliwi. Ewentualnie można znaleźć wspólnego wroga - urzędników. Za to, że przygotowali za mało objazdów, mostów, autobusów. I od razu zrobi się na duszy lżej. Po czwarte - rozwijajmy ducha i intelekt. Bierzmy do autobusu, tramwaju, pociągu gazety, książki oraz płyty z muzyką. Odkrywcze bzdury, prawda?
                Istnieje podejrzenie, iż profesor przemieszcza się helikopterem i nie miewa problemów z korkami oraz – jak to określił – ze współbraćmi w kłopotach i cierpieniu. Cierpliwość? Ok, ale wystarczy jeden mniej cierpliwy, żeby wyprowadzić z równowagi tych bardziej cierpliwych. Planowanie czasu? Dość abstrakcyjne pojęcie. Wystarczy oszacować liczbę samochodów na drodze, obliczyć częstotliwość kursowania autobusów i tramwajów, przewidzieć nieprzewidywalne sytuacje, np. wypadki, potencjalnych samobójców, którym akurat w czasie porannego szczytu znudzi się życie, zepsute samochody oraz oszacować liczbę osób, które pomyślą tak jak my i wybiorą, jak na złość, ten sam objazd co my. Łatwizna. Nie wrzeszczeć? Patrz punkt „cierpliwość”. Książki, gazety, muzyka? A to są jeszcze ludzie, którzy jadąc komunikacją miejską, zwiedzają? Osobiście nie znam.
                W całej tej sprawie również jest dobra wiadomość: remont potrwa zaledwie… 2 lata. Chyba że zima będzie za długa, robotnicy natrafią na niewybuch lub zaginione miasto z czasów Piastów, przetarg okaże się sfałszowany lub robotnicy zastrajkują. Jak śpiewała Anita Lipnicka, wszystko się może zdarzyć.
                Jest jeszcze druga strona medalu. Chcemy mieć nowe drogi, stare naprawione, ale nie chcemy mieć w czasie remontów i modernizacji żadnych utrudnień. Myślenie na zasadzie – zrzućmy drogę z powietrza na pustynię. To jest trochę tak, jak w minionej kampanii wyborczej: PO za swój sukces uznało fakt, że Polska jest w budowie, podczas gdy PiS zarzucał rządowi, że… Polska jest w budowie. Buduje się – źle, nie buduje się – źle. Taka to już nasza mentalność. Inna sprawa, że wszystkim nie da się dogodzić.

wtorek, 4 października 2011

Jarosław Kaczyński na żywo

I przyszedł wczoraj prezes Jarosław do redaktora Lisa. Bynajmniej nie przyszedł sam. Przyprowadził ze sobą liczną grupę swoich zwolenników, żeby nie powiedzieć… Ale o tym później.
Tomasz Lis pytał prezesa Jarosława m.in. o gospodarkę, przyszłą koalicję po ewentualnej, o zgrozo!, wygranej w niedzielnych wyborach parlamentarnych,  ministerialne nominacje, panią kanclerz Angelę Merkel. A prezes Jarosław z uśmiechem odpowiadał na pytania. No, prawie z uśmiechem. Uśmiech ten stawał się bardziej wyraźny i aż nadto widoczny w sytuacjach, kiedy prezes Jarosław starał się dokopać redaktorowi Lisowi. Dodatkowo pojawiało się wówczas swoiste sprzężenie zwrotne pomiędzy prezesem a świtą prezesa: – im większy „dokop” tym szerszy uśmiech prezesa i tym głośniejsze oklaski i śmiechy przyprowadzonych klakierów. I tak prezes parokrotnie wytknął redaktorowi Lisowi nieprzygotowanie do programu (często słusznie, gdyż dziennikarz nie do końca odrobił lekcję i nie przygotował się do zajęć należycie) oraz zarzucił nieumiejętność czytania po polsku.
Z drugiej strony, oby jak najdłużej miłościwie nam niepanujący Jarosław Kaczyński pokazał swoją dawną twarz:  niewygodne tematy pomijał, ośmieszał lub odpowiadał na zadawane pytania agresywnym tonem personalnie atakując przy tym gospodarza programu. Starał się wyprowadzić Tomasza Lisa z równowagi i to mu się parokrotnie udało (wówczas triumfował wraz ze swoją wierną świtą). Trzeba jednak jasno stwierdzić: Lis nie pozostawał dłużny i równie agresywnie formułował swoje pytania. Efekt był taki, że studio telewizyjne zamieniło się na niespełna godzinę w ring, na którym polityk z dziennikarzem wzajemnie się okładali. Wynik? Chyba jednak remis. Kaczyński wytykał Lisowi niekompetencję i służalczą postawę wobec Platformy Obywatelskie, Lis natomiast wypomniał prezesowi m.in. brak zdolności koalicyjnej PiS-u (wszystkim partiom już odpowiednio nawrzucano) oraz propozycję objęcia jednego z ministerstw przez Antoniego Macierewicza.
Tak czy inaczej, wczorajszy program „Tomasz Lis na żywo” był jednym z bardziej zaskakujących w ostatnim czasie. Nie chodzi tu tym razem o prezesa, bo ten zachowywał się normalnie, po swojemu, jak gbur, ale o postawę samego prowadzącego: był kiepsko przygotowany do programu (np. uparcie wmawiał Kaczyńskiemu, że kandydatka PiS w wyborach parlamentarnych Ilona Klejnowska startuje z list w Bydgoszczy, a nie w Płocku, jak w istocie jest) oraz dał się wyprowadzić z równowagi, co powodowało m.in.  brak skupienia (nie dosłyszał m.in., że Kaczyński powiedział „redaktorze”, a nie „doktorze” jak zrozumiał Lis). Niemniej, wydaje się, udało mu się pokazać, że Jarosław Kaczyński pozostał tym samym człowiekiem, jakim był za czasów rządów PiS, oziębił nieco ocieplony wizerunek prezesa. Zresztą, dziś ten ocieplony wizerunek jest już nic nieznaczącym, pustym sloganem…
Zapytany przez dziennikarza TVN, Jakuba Sobieniowskiego, o Andreę Merkel prezes odparł: A Pan jest polskim czy niemieckim dziennikarzem?. Pomijając fakt, że nie wypada odpowiadać pytaniem na pytanie to… Ja chyba nie chciałbym żyć w kraju, gdzie przymiotniki „niemiecki” czy „rosyjski” stają się synonimami najgorszych epitetów, gdzie premier cierpi na fobie niemiecką, prawdopodobny minister Antoni Macierewicz rosyjską, a rzecznik partii rządzącej kumuluje w sobie wszystkie fobie wszystkich prominentnych polityków swojej partii. A wybory już za pięć dni…
Nawet jeśli wygra PiS (odpukać) to istnieje dość realna szansa kolejnych przedterminowych wyborów. Ja jakoś nie wierzę panu prezesowi, który twierdzi, że PiS jest w stanie samodzielnie rządzić. A jeśli niesamodzielnie to z kim jest w stanie? Inaczej: kto jest w stanie rządzić razem z PiS-em, który nie jest zdolny do jakichkolwiek ustępstw w kwestiach programowych? Trzeciego bliźniaka jakoś nie widać…