Szukaj na tym blogu

piątek, 15 listopada 2013

Warsaw Whore(s)


Zachęcony komentarzem koleżanki (że zacytuję: „Właśnie obejrzałam Ekipę z Warszawy. Teraz chyba muszę się oślepić…”), obejrzałem i ja. Szczęście miałem, powtórka leciała.  No i nie wiem, chwalić się? Szczycić się tym? Zapaść się pod ziemię? Telewizor wystawić przez balkon? Śmiać się? Płakać? Zupełnie ambiwalentne odczucia, ale niemal przez cały kwadrans (tyle łącznie wytrzymałem) na moim licu objawiał się grymas oznaczający mniej więcej „what the fuck”? Albo nawet „what the fuckers”.

Zaznaczę na wstępie, bo zaraz ktoś mi zarzuci, że: „Jak możesz się wypowiadać o programie, którego obejrzałeś 15 minut”? A no mogę. Uwierzcie, to o całe 14 za dużo. 
  
Kontynuując. No właśnie. O co chodzi? Szczerze? Nie wiem. I nawet dobrze mi z tym. Ośmioro uczestników, seks, dom, seks, pogawędki, seks, wódka, impreza, seks, alkohol, seks, basen, seks, bluzgi, seks. A, i jeszcze seks. To wszystko w godzinnym programie, który w moim przypadku stał się audycją kwadransową.

Uczestnicy. Czterech facetów przypominających facetów i cztery dziewczyny przypominające dziewczyny. Jedna osoba z Tuliszkowa (woj. wielkopolskie), druga ze Zgierza (woj. łódzkie), trzecia ze Żmigrodu (woj. dolnośląskie), czwarta z Poznania (tego Poznania) itd. Warsaw? Taa… Fajnie, że moje miasto kojarzone teraz będzie jako wylęgarnia kretynów.  
Wracając do cytatu z lidu. Otóż samo oślepienie nic nie da, jeszcze by trzeba ogłuchnąć. A nawet bardziej ogłuchnąć niż stracić wzrok. Czemu? Kilka błyskotliwych powiedzonek z uczestników (bezimiennie, bo: 1. Nie wiem jak się oni nazywają; 2. Sami sobie narobili obciachu, to po co jeszcze ja mam im dokładać; 3. To nie ma najmniejszego znaczenia). Uwaga uwaga, lejdis end dżentelmen: Gdzie się mieszka i pracuje, tam się chujem nie wojuje, Jestem ostrym dzikiem, każda świnia przy mnie krzyczy (i tu ważna jest reakcja dziewczyn: łaaaaaaaaaaaaaaaaaa hahahahahaha – to zachwyt, nie nabijanie się), Przy jednej dziurze to nawet kot zdechnie, Ja trafiłam do Ekipy z Warszawy, czy do tępych panienek? (odpowiadam: gorzej, do tępych panienek i do tępych facetów; jeszcze gorzej: spójrz w lustro).

No to tyle tytułem wstępu, rozpisałem się. Do rzeczy. Słuchając tych i innych wypowiedzi, oglądając pojedyncze sceny, doszedłem do jednego prostego wniosku: ci faceci myślą penisami, a dziewczyny dupami. No, ewentualnie dupami i paznokciami. Rozumiem, że to taka konwencja, taki format, że to wszystko może i pewnie jest wyreżyserowane, że to komercyjna stacja telewizyjna, że liberalizm i jeszcze wiele innych że, ale na taki program trochę słów brakuje. Nie jestem konserwatystą, a mimo wszystko z każdą upływającą sekundą miałem wrażenie, jakbym żył w trochę innym świecie. Może mniej zabawowym, może nie lepszym, ale po prostu innym. I dobrze mi w moim świecie widząc to, co dzieje się w ichnim.

Oni sami się zgodzili wziąć udział w takim reality show. Czytając opinię po obejrzeniu pierwszego odcinka zastanawiam się, czy po zakończeniu programu wszystkie te osoby będą miały życie, czy nie będą wytykane palcami, nie stracą znajomych w realu i na facebooku J itd. Ale to już jakby nie mój problem, ich to chyba generalnie nie obchodzi.
  
Pierwszy odcinek obejrzało 62 tysiące ludzi. Potem kiedyś muzyczna stacja MTV puściła jeszcze pierdyliardy powtórek, by nieco zwiększyć oglądalność tego jakże zacnego programu. Mało? Dużo? Według mnie o jakieś 70 tysięcy za dużo. Aaale. W Stanach, odpowiednio oczywiście znacznie liczniejszych, pierwszy odcinek pierwowzoru Warsaw Whores… przepraszam, Warsaw Shore, czyli Ekipy z New Jersey, obejrzało blisko 1,5 miliona Amerykanów. Wraz z rozwojem nazwijmy to wydarzeń co tydzień przed telewizorami zasiadało ponad 4 miliony widzów, co jest najlepszym wynikiem w historii MTV! Fenomen? Trochę tak, bo jednak sztuką jest zrobić z czegoś tak głupiego hit. A tu się udało.

Prawdopodobnie nie będę fanem Ekipy z Warszawy. Ale kto wie, może w niedalekiej przyszłości oberwę meteorytem, może zostanie mi przeszczepiony mózg od któregoś z uczestników (a raczej penis z jego czaszki), może stracę resztki rozumu, a może napadnie na mnie mafia i każe oglądać Warsaw Shore pod groźbą obcięcia palców. Może. Chociaż nad tym ostatnim to chyba bym pomyślał, czy to aby nie lepsze. 

Na zakończenie taki apel: nie wszystko, co pochodzi ze Stanów, jest dobre i nie wszystko to warto przeszczepiać na nasz polski grunt. Truizm. Dziękuję.

wtorek, 12 listopada 2013

Dzień (Nie)Podległości '13


Przy okazji ubiegłorocznego Dnia Niepodległości napisałem na zakończenie, że mam nadzieję nie przeżyć deja vu w roku 2013. No i co? Znów okazało się, że nadzieja matką głupich.

Podczas wczorajszego marszu zatrzymano 72 osoby, kilkanaście osób zostało rannych. Miasto wyceniło straty na 120 tysięcy złotych. Do tego dojdą jeszcze straty po stronie rosyjskiej. Ma za to podobno zapłacić organizator, który wypiął się na zadymiarzy, odciął się od nich i pewnie nie zapłaci. Bo niby z jakiej racji. Przecież burdy nie odbyły się na trasie przemarszu, a na ulicach przyległych. 

Ja wiem, że wszystkiemu winna jest policja, toż to oczywista oczywistość. Zawsze, gdy dochodzi do burd, to są one spowodowane obecnością służb mundurowych. Wiadomo. W zeszłym roku policja ochraniała podobny marsz i agresja niektórych zgromadzonych obróciła się właśnie w jej stronę. W tym roku założenie było takie, że organizator zapewnia własną ochronę, więc policja się wycofała. A jak w pobliżu nie było „niebieskich”, to trzeba było znaleźć sobie inny obiekt, któremu można dowalić. No to sobie znaleźli – squaty, tęczę, samochody, drzewka, chodniki, ambasadę itd. Policja wkroczyła i tez oberwała – 12 rannych funkcjonariuszy.

Oczywiście, nie generalizuję. Nie wszyscy, którzy szli w tym marszu, mieli na celu zrobienie zadymy. Ogromna większość szła w spokoju (pomijając obelżywe hasła), ale jak zwykle przy tego typu sytuacjach bywa, nie o nich się mówi, a o tych, którzy postanowili „się pokazać”. Tzn. pokazać swoje kominiarki, bo twarzy się przecież wstydzą.

Polskie obchody Dnia Niepodległości zauważono także w zagranicznych mediach. I co? Próżno tam szukać relacji ze spokojnego, pokojowego, radosnego i iście piknikowego marszu prezydenckiego, a rozpisują się one o wieczornym marszu niepodległości. Piszą m.in.  – Skrajna prawica zostawiła ślad zniszczenia w polskiej stolicy (Reuters), – Marsz Niepodległości przemienił się w brutalne zamieszki (USA Today).

Jeżeli za szczyt patriotyzmu uważane jest spalenie tęczy, która zresztą NIE JEST symbolem „pedalstwa”, a szeroko rozumianej tolerancji i otwartości, jeżeli za szczyt patriotyzmu uważane jest zdewastowanie miasta, jeżeli za szczyt patriotyzmu uważane jest naparzane się na ulicach przy okazji Dnia Niepodległości, i wreszcie, jeżeli za szczyt patriotyzmu uważane jest zdemolowanie terenu Ambasady (w tym przypadku) Rosyjskiej, to komuś się w dupach poprzewracało. Jeżeli dzisiejszy patriotyzm jest synonimem szowinizmu, a jego symbolem jest kominiarka, to ja dziękuję, nie chcę być nazywany patriotą. Wolę po cichu wywieszać flagę przed domem, płacić podatki i szanować swoje miasto i kraj, niż demonstrować to w taki sposób.