Dziś Święto Niepodległości. Niepodległości, o którą walczyły pokolenia Polaków, za którą przelewano krew i oddawano życie w powstańczych zrywach. Miliony osób poległo, ale między innymi dzięki nim kolejne miliony mogą cieszyć się życiem w wolnej Polsce. Dziś również krew popłynęła, aczkolwiek nie ma tu mowy o szlachetnych, patriotycznych przesłankach. Jedyne co w tych okolicznościach przychodzi na myśl to jakże retoryczne pytanie: what the fuck?
Przykro to stwierdzić, ale nie wszyscy się cieszą, nie dla wszystkich jest to święto – dla niektórych jest to raczej Święto Mordobicia lub – alternatywna nazwa – Święto CHWDP. A że dzień święty trzeba święcić, to zwolennicy Święta Mordobicia przyłączyli się do zwolenników Święta Niepodległości. Wszak w kupie raźniej. Ci drudzy wpadli na dość karkołomny pomysł – idziemy wyznaczoną trasą. I jak zamierzali tak zrobili. Pierwszym ta wizja nie przypadła jednak do gustu i w akcie buntu postanowili robić sobie postoje, m.in. na Placu Konstytucji. A na postoju jak to na postoju, raczej nudno. Jednak kreatywność świętujących Święto CHWDP nie zna granic – powyrywamy kosze, barierki i porzucamy w policjantów, przy okazji jak przypadkiem wpadnie nam w ręce raca czy petarda to też rzućmy, najlepiej w faceta na niebiesko ubranego bądź w samochód niemieckiej lub nieniemieckiej stacji. Niestety policjanci nie chcieli jakoś się przyłączyć do zabawy i zamiast cieszyć się z manifestującymi brutalnie zgasili (dosłownie – armatkami wodnymi) tych najhuczniej fetujących. Chamstwo i prostactwo, żeby robić zamach na kulturalnie bawiących się ludzi?
Jak się wkrótce okazało, na postoju obowiązywał zakaz fotografowania – niesubordynowanym groziło uderzenie w twarz. No i cóż, takie reguły, kto nie przestrzega tego spotyka kara. Co z tego, że reguły zabawy znała tylko jedna strona.
A teraz serio. Panom w dresach i kapturach (to chyba ze wstydu przed własną twarzą), którzy brali udział w dzisiejszych burdach na ulicach Warszawy, trochę zdewaluowało się pojęcie słowa wolność. Otóż w ich słowniku wolność oznacza możliwość swobodnego wyjścia na ulicę i równie swobodnego przyłożenia w ryj pierwszej napotkanej osobie. A jeszcze jak pierwszą napotkaną osobą nie jest kolega po fachu (w dresie i kapturze), a pan w niebieskiej czapce i mundurze to za punkt honoru uważa się poplamienie ów munduru czerwoną cieczą.
Najbardziej interesujący jest jednak pewien paradoks – w dniu wolności stracić wolność, być może na trzy lata, bo tyle grozi tym, którzy zostali dziś złapani. I mam nadzieję, że tyle dostaną. Wtedy normalni ludzie będą mieli okazję do podwójnego świętowania przez kolejne trzy lata – z powodu odzyskania wolności przez nasz kraj i utraty wolności przez niektórych, wstyd się przyznać, naszych obywateli. Ale mam jeszcze jedną nadzieję – nie przeżyć za rok deja vu…
Krew mnie zalewa.