Szukaj na tym blogu

piątek, 11 listopada 2011

Świętowanie made in Łorsoł


            Dziś Święto Niepodległości. Niepodległości, o którą walczyły pokolenia Polaków, za którą przelewano krew i oddawano życie w powstańczych zrywach. Miliony osób poległo, ale między innymi dzięki nim kolejne miliony mogą cieszyć się życiem w wolnej Polsce. Dziś również krew popłynęła, aczkolwiek nie ma tu mowy o szlachetnych, patriotycznych przesłankach. Jedyne co w tych okolicznościach przychodzi na myśl to jakże retoryczne pytanie: what the fuck?
Przykro to stwierdzić, ale nie wszyscy się cieszą, nie dla wszystkich jest to święto – dla niektórych jest to raczej Święto Mordobicia lub – alternatywna nazwa – Święto CHWDP.  A że dzień święty trzeba święcić, to zwolennicy Święta Mordobicia przyłączyli się do zwolenników Święta Niepodległości. Wszak w kupie raźniej. Ci drudzy wpadli na dość karkołomny pomysł – idziemy wyznaczoną trasą. I jak zamierzali tak zrobili. Pierwszym ta wizja nie przypadła jednak do gustu i w akcie buntu postanowili robić sobie postoje, m.in. na Placu Konstytucji. A na postoju jak to na postoju, raczej nudno. Jednak kreatywność świętujących Święto CHWDP nie zna granic – powyrywamy kosze, barierki i porzucamy w policjantów, przy okazji jak przypadkiem wpadnie nam w ręce raca czy petarda to też rzućmy, najlepiej w faceta na niebiesko ubranego bądź w samochód niemieckiej lub nieniemieckiej stacji. Niestety policjanci nie chcieli jakoś się przyłączyć do zabawy i zamiast cieszyć się z manifestującymi brutalnie zgasili (dosłownie – armatkami wodnymi) tych najhuczniej fetujących. Chamstwo i prostactwo, żeby robić zamach na kulturalnie bawiących się ludzi?
Jak się wkrótce okazało, na postoju obowiązywał zakaz fotografowania – niesubordynowanym groziło uderzenie w twarz. No i cóż, takie reguły, kto nie przestrzega tego spotyka kara. Co z tego, że reguły zabawy znała tylko jedna strona.
A teraz serio. Panom w dresach i kapturach (to chyba ze wstydu przed własną twarzą), którzy brali udział w dzisiejszych burdach na ulicach Warszawy, trochę zdewaluowało się pojęcie słowa wolność. Otóż w ich słowniku wolność oznacza możliwość swobodnego wyjścia na ulicę i równie swobodnego przyłożenia w ryj pierwszej napotkanej osobie. A jeszcze jak pierwszą napotkaną osobą nie jest kolega po fachu (w dresie i kapturze), a pan w niebieskiej czapce i mundurze to za punkt honoru uważa się poplamienie ów munduru czerwoną cieczą.
Najbardziej interesujący jest jednak pewien paradoks – w dniu wolności stracić wolność, być może na trzy lata, bo tyle grozi tym, którzy zostali dziś złapani. I mam nadzieję, że tyle dostaną. Wtedy normalni ludzie będą mieli okazję do podwójnego świętowania przez kolejne trzy lata – z powodu odzyskania wolności przez nasz kraj i utraty wolności przez niektórych, wstyd się przyznać, naszych obywateli. Ale mam jeszcze jedną nadzieję – nie przeżyć za rok deja vu… 
Krew mnie zalewa.

sobota, 5 listopada 2011

Nie tędy droga… Ale kto głupiemu wytłumaczy


Zbigniew Ziobro, Tadeusz Cymański i Jacek Kurski zostali wczoraj wykluczeni z szeregów Prawa i Sprawiedliwości. Za co? Otóż złamali oni dyscyplinę partyjną mówiąc o potrzebie zmian w PiS-ie. Gdyby powiedzieli to po cichu, twarzą w twarz prezesowi Jarosławowi, ten pewnie okazałby miłosierdzie i jedynie wystosował stosowną naganę. Ale ponieważ, tak jak europoseł Cymański, ośmielili się te słowa wypowiedzieć m.in. w niemieckich mediach to prezes się zdenerwował. Pistolecikiem co prawda (chyba) nie wymachiwał, ale paluszkiem pogroził.  A i ostatecznie odstrzelił trzech ważnych ludzi w partii, którzy mogli w niedługim czasie dokonać zamachu na przywództwo jedynie słusznego prezesa.
W jednym z wywiadów dla TVN24 Cymański skrytykował wynik wyborczy PiS, mówił wprost, że to porażka, już szósta w kolejnych wyborach. Podkreślił, że szansą na odwrócenie tej tendencji są zmiany, demokratyzacja wewnątrz partii i otwarcie na nowoczesność. Wtórowali mu Ziobro oraz Kurski. Co ciekawe żaden z nich (przynajmniej oficjalnie) nie kwestionował przywódczej roli Jarosława Kaczyńskiego. A ponieważ wszyscy należą do tzw. frakcji „ziobrystów”, stali się dla prezesa niewygodni. Ich wyrzucenie z partii było kwestią czasu, potrzebny był jakiś pretekst, a jak tylko ten się pojawił to zwyczajnie skorzystano z okazji.
Wyrzucenie trójki posłów nie kończy sprawy. Wszyscy zapowiedzieli odwołanie się od decyzji, jednak nie spodziewają się zmiany stanowiska władz partii. Eksperci przewidują, że w takim wypadku Ziobro, Kurski i Cymański są w stanie założyć własną, jeszcze bardziej prawicową partię. Pierwszym testem miałyby być wybory do Europarlamentu w 2014 roku. Ci sami eksperci przewidują – zdając sobie sprawę z faktu, iż największym problemem PiS jest Jarosław Kaczyński, który przynajmniej od 2007 roku prowadzi we wszystkich rankingach na najbardziej nielubianego polityka – że „ziobryści” mogą w nich osiągnąć lepszy wynik od partii – matki.
Tym samym Ziobro, Kurski i Cymański podzielili los m.in. Joanny Kluzik-Rostkowskiej, Elżbiety Jakubiak, Pawła Kowala czy Pawła Poncyliusza. Jak tak dalej pójdzie to w Prawie i Sprawiedliwości wraz z prezesem pozostaną Adam Hofman i Joachim Brudziński, którzy tak głęboko wleźli swemu szefowi w d***, że trudno będzie im się z niej wydostać (ewentualnie problem może mieć prezes, by się ich pozbyć gdy „przyjdzie czas”) oraz Antoni Macierewicz, który stanowi pewnego rodzaju równoważnię – prezes swą fobię wycelował na zachód, Macierewicz na wschód. Klasyczny podział ról.
Nie miałbym nic przeciwko, gdyby PiS się na dobre rozsypał. Ale nie mam też złudzeń – dopóki prezes Jarosław sam nie odejdzie, to nikt go nie wyrzuci. A dopóki nikt go nie wyrzuci, to PiS będzie trwał. A dopóki PiS będzie trwał w takim kształcie i z tym liderem, to na zwycięstwo w wyborach nie ma szans. Czego sobie i Wam życzę.
       

środa, 2 listopada 2011

Cmentarna rewia mody

            Jeszcze rok temu 1. listopada wiele serwisów informacyjnych rozpoczynało się zdaniem: Dziś Święto Zmarłych. Szukałem wówczas potwierdzenia tej nowiny w kalendarzu, ale ten informował jedynie o dniu Wszystkich Świętych. Czerwono na białym, jak na złość o zmarłych ani słowa.
Cóż zatem jest złego w sformułowaniu zastosowanym przez gro prezenterów? Mówiąc najkrócej, a pomijając oczywistą oczywistość, że (o zgrozo!) Święto Zmarłych przypada na 2. listopada, wszystko.
Po pierwsze: święta są tworzone przez żywych dla żywych. Jakoś nie mogę sobie wyobrazić zmarłych, którzy świętują, siadają do stołu, mają wolne od pracy czy od bycia zmarłym, a korzystając z okazji idą odwiedzić grób... swój grób. Po co tworzyć im święto? Wystarczy (abstrahując od tego, że o swoich bliskich zmarłych powinniśmy pamiętać częściej niż raz w roku) Dzień Zmarłych. Bynajmniej nie 1. listopada.
Patrząc z innej perspektywy – nas, żyjących, którzy odwiedzamy groby bliskich zmarłych – wygląda to jeszcze gorzej, bo kto przy zdrowych zmysłach świętuje, że ktoś jemu bliski, już nie żyje?
Po drugie: każdy święty jest zmarłym, ale nie każdy zmarły jest świętym. Polska jest krajem katolickim, za taki uważany i tak postrzegany w świecie, a wielu z nas utożsamia zmarłego ze świętym. Paradoks? Nie, wydaje mi się, że wynika to z tradycji nawiedzania cmentarzy w dniu Wszystkich Świętych. Wtedy mamy wolne, a zatem jest czas, aby w ciszy i skupieniu, nie spiesząc się pójść na groby bliskich. 2. listopada już nie zawsze taka szansa jest. Stąd, zwyczajowo, dzień Wszystkich Świętych nazywamy Dniem Zmarłych. W końcu cmentarz kojarzy się ze zmarłymi, wszystkimi.
I w końcu po trzecie: czy naprawdę mamy tak mało świąt, że podświadomie tworzymy sobie kolejne?
Nie mówię, że to źle, że 1. listopada odwiedzamy groby bliskich zmarłych. Wręcz przeciwnie, chociaż tyle możemy dla nich zrobić. Ale nie mylmy nazw tych dni! Jeśli nie dla samych siebie to z szacunku do świętych i wszystkich zmarłych.
Ale tak było rok temu. W tym było znacznie lepiej – tylko w jednej ze stacji radiowych usłyszałem o Święcie Zmarłych (w gwoli ścisłości – oczywiście nie spędziłem całego dnia słuchając radia ani przed telewizorem). Niemniej postęp był zauważalny. Jednak z roku na rok obserwuję inną tendencję – cmentarz w coraz większym stopniu staje się… wybiegiem dla modelek/modeli. Ja rozumiem, że trzeba dobrze wyglądać, ale żeby paradować po cmentarzu w różowym futrze przy temperaturze 15˚C to już lekkie przegięcie. W ogóle futro było dość często spotykanym odzieniem, we wszystkich kolorach tęczy. Brakowało mi tylko – tak dla kontrastu oczywiście – jakiejś laski w bikini. Żałowałem trochę, że nie wziąłem aparatu, ale ja chyba nie jestem tak postępowy, żeby cykać sobie czy innym sweetfotki na tle grobów, by potem je wrzucić na naszą-klasę lub fejsbuka. Ale że za rok też będzie 1 listopada (bo z tego co wiem koniec świata został przesunięty) to może się zrehabilituję… Może sam zarzucę jakieś futro. I zieloną perukę.